Kolory na moich kartkach - tutorial.
Część I: Kolorowanie odbitek stempli

Moi drodzy na początek małe wyjaśnienie - straciłam na pewien czas dostęp i do bloga i do poczty, więc nie mogłam pokazać wam ani reszty moich prac dla YNS, ani nic innego - ale nadrobimy to niebawem :) I dla zakręconych scrapowo czytelników będą miała jeszcze jedną niespodziankę! :) A tymczasem...

Ponieważ dostaję wiele pytań o moje kolorowanie odbitek oraz tła moich kartek, postanowiłam uchylić nieco rąbka tajemnicy i pokazać jak ja to robię :) Ten sam kurs co poniżej dostępny będzie także na blogu sklepu Na Strychu, gdzie znajdziecie linki do produktów, których używałam. Myślałam nad videotutorialem (nawet mam już odpowiedni osprzęt do zamocowania telefonu nad biurkiem!), jednak na razie jeszcze poprzestałam na zdjęciach :) Ale niewykluczone, że i filmik powstanie :)

Dziś część pierwsza, czyli opowiem o tym jak koloruję odbitki stempli. A na końcu znajdziecie kartkę, w której wykorzystałam te moje kolorowanki!


Kolorowanie zaczynamy oczywiście od dobrej odbitki. Ważne jest nie tylko odbicie stempla czysto i równo, ale również to, jakiego tuszu w tym celu użyjemy - a jego wybór często zależy od medium, którym będziemy kolorować. A także od tego, czy chcemy, by na skończonej pracy kontury odbite tuszem były widoczne, czy nie.
Czyli, jeśli użyjemy markerów wodnych, akwareli i innych wodnych mediów, to tusz powinien albo być wodorozpuszczalny, np Distress Ink, bądź inny jasny tusz wodny (gdy chcemy kolorować w stylo no-line, czyli bez widocznej odbitki na skończonej pracy), albo pigmentowy, jak np VersaFine, bądź inny wodoodporny, np Archival - gdy odbitka ma pozostać widoczna. Jeśli planujemy użyć markerów alkoholowych skorzystajmy z tuszu wodnego, np Memento. Jeśli w planach są kredki - typ tuszu ma mniejsze znaczenie, ale użyłabym raczej wodnego. Mamy też możliwość pokrycia odbitki pudrem do embossingu, co przy czarnym tuszu/pudrze czasem wygląda ciekawie, a przy białym pudrze z kolei zapewnia wyjątkowy efekt, szczególnie jeśli użyjemy akwareli lub innych wodnych mediów do kolorowania.

Tu widzicie ten sam obrazek odbity tuszem hybrydowym, wodnym (czarny Memento), wodoopornym (brązowy Archival) oraz jasnymi tuszami wodnymi. Ja bardzo lubię kolorowanie no-line, ale ponieważ dość trudno byłoby mi na zdjęciach pokazać kontury odbite bardzo jasnym tuszem, bo i w rzeczywistości są one ledwo widoczne, tutaj posłużę się odbitką w kolorze brązowym.


Do kolorowania używam gładkich papierów, ja akurat nie lubię faktury zwykłego papieru do akwareli przy odbitkach stempli, ale to oczywiście kwestia gustu - choć częściowo zależy to też od medium którego używamy, np markery Zig Clean Color Real Brushes zwyczajnie lepiej pracują na gładkim brystolu niż na papierze do akwareli. A właśnie na przykładzie tych markerów chciałabym zaprezentować wam, jak koloruję odbitki (choć wskazówki, które tu opiszę równie dobrze można odnieść do np akwareli, czy kredek akwarelowych).

Media wodne - markery, akwarele itp

Poza markerami przydatne będą: cienki pędzelek, czysta woda (choć nie są konieczne, bo te markery świetnie blendują się same ze sobą i z blenderem, ale ja wolę tak) oraz ręcznik papierowy.

Kolorowanie postaci zwykle zaczynam od skóry. Ponieważ zazwyczaj koloruję skórę w typie, powiedzmy, kaukaskim, to na takim właśnie przykładzie będę dziś pokazywać jak u mnie proces kolorowania wygląda.

Każda odbitkę zwykle staram się podzielić sobie na małe fragmenty, by nie opracowywać zbyt dużego elementu na raz. Zaczynam od przejechania zwilżonym czystą wodą pędzelkiem danego fragmentu, łącznie z konturem. Następnie nanoszę pierwszą warstwę koloru - zazwyczaj obrysowuję kontury, a następnie rozmywam kolor wilgotnym pędzelkiem, tworząc delikatną bazę:


Następnie nakładam kolejne warstwy - kolor nanoszę w miejscach najciemniejszych i delikatnie blenduję go wilgotnym pędzelkiem z poprzednią warstwą. Warto pamiętać, że zawsze możemy położyć koleją warstwę i przyciemnić obrazek, ale ująć koloru jest znacznie trudniej, dlatego lepiej położyć więcej delikatnych warstw, niż jedną za ciemną. Jeśli jednak musimy gdzieś rozjaśnić, albo np wyszliśmy ciut za linię - to miejsce to zwilżamy czystą wodą i przykładamy punktowo papierowy ręcznik, który wchłonie część pigmentu.

Kolorując odbitki najprościej jest wyobrazić sobie daną postać/przedmiot w uproszczeniu, jako układ brył: kul, walców itp, wówczas opracowywanie cieni będzie o wiele łatwiejsze. Trzeba przyjąć jeden punkt źródła światła i starać się go trzymać w miarę możliwości - w przypadku niedużych odbitek raczej nie tworzymy realistycznego portretu i bardziej chodzi nam o zaznaczenie światłocieniem przestrzenności przedstawionej na odbitce postaci/przedmiotu, ale im bardziej będziemy konsekwentni, tym lepszy efekt końcowy osiągniemy. Najprościej przyjąć, ze światło pada mniej więcej z okolic ucha osoby patrzącej na odbitkę, wówczas unikniemy głębokich, czy mocno asymetrycznych cieni.

W przypadku głowy czy tułowia, które przypominają kulę, najjaśniejszy punkt można przyjąć na mniej więcej na środku, w okolicy nosa czy splotu słonecznego, a najciemniejsze są partie przy bocznych konturach, cienie pod brodą, pod linią włosów, pod kończynami itd. Tego typu elementy koloruję ruchem mniej więcej po półkolu, nigdy pionowymi, czy poziomymi ruchami.

Im większy stempel, tym na więcej realizmu możemy sobie pozwolić, np nadać skórze gdzieniegdzie lekko niebieskawy ton (bo mniej więcej taki właśnie nadaje naszej skórze ton krew krążąca w naszych żyłach), ale przy mniejszych stemplach staram się upraszczać, korzystam zwykle z jednego, dwóch kolorów, dodaje ewentualnie delikatne rumieńce na policzkach, gdy warstwa w "odcieniu skory" nie jest jeszcze sucha i ta odrobina różu ładnie wtopi się sama w tło.



W przypadku kończyn, które przypominają walce postępuję tak samo - najciemniej jest w pobliżu konturów, a najjaśniejszy zostawiam pas wzdłuż całej długości, jednak nie idealnie na środku:


Podobnie przy twarzy widzianej z profilu - najciemniejsze miejsca są przy linii włosów, na szyi pod brodą itd.


Kolejnym trudnym elementem bywają białe przedmioty. No bo jak kolorować coś, co jest białe? Ale oczywiście gdy spojrzymy na dowolna biała rzecz zobaczymy, że nie jest ona jednolicie biała, tam gdzie tworzą się cienie, jest znacznie ciemniejsza niż w najjaśniejszych punktach. Bardzo często do zaznaczenia cieni użyjemy koloru szarego, ale warto np pamiętać, że biały przedmiot umieszczony tuż obok np fioletowego, często również będzie miał bardzo delikatny fioletowy ton w pobliżu miejsca styku. Poza tym szarości też mogą być różne - cieplejsze, zimniejsze, a czasem warto zamiast szarości użyć odcieni niebieskoszarych. W przypadku odbitek wykonanych ciemnym tuszem warto też dostosować kolor do koloru odbitki - tu na przykład tusz był brązowy, więc moje szarości są dość ciepłe.

Kolorowanie białej sukni tylko z pozoru jest trudne, w przypadku rękawów i tułowia zasady są te same co powyżej, natomiast jeśli chodzi o fałdy sukni, to zwykle wygląda to tak, że zaznaczamy je dość wyraźnym przejściem kolorystycznym - np miejsca najbardziej wystające są najjaśniejsze i kontrastują z ciemnymi zagłębieniami materiału; kolorujemy wzdłuż linii fałd, miękkim łukiem. Warto też po prostu na początku wybierać stemple, które ułatwia nam ich kolorowanie - z zaznaczonymi fałdami.


Białe elementy to jedno, ale co z czarnymi, bardzo ciemnymi przedmiotami? Zwykle czarne przedmioty oglądane w świetle nie są smoliście czarne i dlatego zamiast głębokiej czerni lepiej posługiwać się ciemnymi szarościami. Pozwoli nam to na delikatne wystopniowanie koloru i pokazanie np załamań tkaniny - podobnie jak przy białej sukni warto zostawić miejsca, które są zdecydowanie jaśniejsze, bo odbiły światło. Także takie elementy koloruję w podobny sposób co wcześniej - nanoszę kolor w miejscach zdecydowanie najciemniejszych i stopniowo rozprowadzam kolor ku partiom najjaśniejszym i stopniowo przyciemniam całość kolejnymi warstwami.




Włosy - to chyba element sprawiający najwięcej problemów i dokładnie omówiony sam zająłby całego posta (a mi przecież do mistrza dalekooo). Jednak upraszczając - najważniejsze, by nie zakolorować ich po całości jednolitym kolorem, bo przecież w rzeczywistości włosy tak nie wyglądają prawda? Mają zwykle ciemniejsze i jaśniejsze partie, czy też układają się w przeróżne fale i loki, które tworzą głębokie cienie... Bardzo jest też ważne, by zostawić jasne, prawie nie pokryte kolorem punkty czy pasemka, bo prawdziwe włosy dość mocno się błyszczą i blikują, czyli odbijają światło i takie refleksy bardzo pomagają stworzyć naturalny efekt. Warto też pracować raczej delikatnymi kreskami, nie plamami, bo włosy to nie hełm :) Najciemniejsze miejsca to zwykle część nad karkiem dla postaci z boku, czy np z tyłu za szyją dla postaci widzianej z przodu, oraz oczywiście zawijaski w lokach, najjaśniejszy często bywa czubek głowy, miejsce blisko przedziałka - plus bliki na pasmach włosów.



Ostateczny szlif nadaje pracy za pomocą czarnego i białego gel pena - czarnym podkreślam oczy postaci, by bardziej się wyróżniały, a białym dodaję błyski w oczach i inne bliki. I to z grubsza cała filozofia, jeśli chodzi o media wodne :) Oczywiście, nie jestem żadnym guru kolorowania, ale bardzo lubię to robić i myślę, że idzie mi już całkiem fajnie :) Na koniec porównanie tego samego obrazka pokolorowanego w technice no-line i z widoczną odbitką. Przyznaję - ja wolę ten z niewidoczną odbitką, wygląda to trochę jak z książeczki z obrazkami, prawda? Jak widać, w przypadku niewidocznej odbitki zdecydowałam się na zupełnie inny kolor do cieniowania białej sukni - technika no-line ma tez tę zaletę, ze nie musimy zastanawiać się jak dany kolor będzie pasował do tuszu :) A wy, który styl lubicie bardziej?


Markery alkoholowe

A co z kolorowaniem tuszami alkoholowymi? Oczywiście zasady dotyczące światłocienia itd są dokładnie takie same, a i sam sposób kolorowania tak naprawdę nie różni się znacząco. Jednak tutaj najlepiej mieć minimum trzy markery w danym kolorze, by uzyskać płynne przejścia od najjaśniejszego do najciemniejszego. Najpierw nanoszę mój najjaśniejszy kolor, bazowy.


Następnie używam tego o ton-dwa ciemniejszego i pokrywam nim te części, które mają być nieco ciemniejsze. Wreszcie miejsca najciemniejsze pokrywam najciemniejszym markerem, po czym znów biorę ten średni marker i blenduję nim najciemniejsza warstwę, by uzyskać płynne przejście. To samo powtarzam z najjaśniejszym markerem - czasem ostatnie trzy kroki powtarzam kilkukrotnie, bo, podobnie jak przy mediach wodnych, łatwiej jest przyciemnić, niż rozjaśnić.




Wśród markerów alkoholowych takich jak Copiki, czy Promarkery znajdziecie taki z napisem "blender". Nie jest to jednak marker pozwalający na tworzenie płynnych przejść między kolorami, nie nie, markery blenduje się jaśniejszym kolorem (producent Promarkerów sugeruje, że blendera można używać jako podkładu dla łatwiejszego mieszania kolorów - ale nadal blendujemy kolorowymi markerami). Z jednym wyjątkiem: blender przeznaczony do markerów Chameleon pozwala uzyskiwać przejścia od ciemnego do jasnego koloru z pomocą jednego markera. Jednak markery te mają wg mnie kilka wad - są duże i dość nieporęczne, przygotowywanie każdorazowo markera do cieniowania odrywa nas co chwila od pracy na kilkanaście - kilkadziesiąt sekund, a końcówki dość szybko się zużywają. Mnie osobiście najprzyjemniej koloruje się markerami Copic, ze względu na miękką końcówkę - bardzo pasuje mi też ich paleta kolorów. Jednak wiele osób woli Promarkery i je również gorąco polecam!
A tutaj jeszcze porównanie takie samo jak poprzednio, z i bez konturu:


Zostały nam kredki oraz odbitki z użyciem pudru, ale o nich opowiem oddzielnie, bo wyszedłby istny tasiemiec z tego wpisu :)

A dziś chciałabym na koniec powiedzieć jeszcze jedno - najważniejsze. Nie bójcie się kolorowania! Czasem mam wrażenie, że uważacie, że to strasznie trudne i skomplikowane. A tak nie jest! To naprawdę bardzo relaksujące i przyjemne zajęcie - choć nie będę czarować - w im lepsze jakościowo media zainwestujecie (bez względu na to czy będą to farby, markery, czy kredki), tym przyjemniejsza będzie to praca :)

A dziś na koniec pokażę jak wykorzystałam moją pokolorowaną młodą parę - ponieważ wybieram się na ślub w klimatach sielsko-letnio-romantycznych, wymyśliłam sobie, że i moja kartka musi być taka właśnie. Odbitkę umieściłam na wianku, delikatnie podkolorowanym akwarelami - to bardzo stary wykrojnik, ale nadal jest dostępny! I niesłusznie trochę chyba zapomniany, bo ma wiele uroku :) Do tego tło wytłaczane w kropeczki i już moim zdaniem nic więcej nie potrzeba :)




Pozdrawiam,
ushii



Raz jeszcze o maszynach słów kilka

Taki post powinnam była umieścić już dawno - bo chociaż w ostatnim roku miałam trochę przerwy od szycia, ani fachowcem nie jestem - to ciągle dostaję od Was dużo maili z przeróżnymi pytaniami o poradę: jaką maszynę kupić (w różnych przedziałach cenowych), na co zwrócić uwagę itd, i klepię potem każdorazowo takie elaboraty... więc prościej będzie tutaj, raz, a dobrze. Aha, chociaż robię tu małe zestawienie dwóch typów maszyn to większość wymienionych przeze mnie elementów występuje w obu typach (co starałam się niżej choć trochę pokazać) i jest dostępnych w maszynach o rozsądnej cenie..

Konkretnej maszyny oczywiście nie wskażę, bo dobrych maszyn jest mnóstwo, będzie o tym na co trzeba moim zdaniem zwrócić uwagę. Oczywiście wszystko o czym napiszę wynika jedynie z moich subiektywnych odczuć i doświadczeń... No i piszę z punktu widzenia osoby szyjącej głównie elementy wyposażenia domu czy zabawki - nieco różni się to od kryteriów osób szyjących odzież. Ponieważ tekstu machnęłam duuuużo, najważniejsze rzeczy są pogrubione :)

Mały poradnik dla kupujących maszynę


Przede wszystkim - mamy dwa zasadnicze rodzaje maszyn domowych:
  • mechaniczne, czyli większości ustawień dokonuje się różnymi pokrętłami itp, uruchamia się je i reguluje prędkość za pomocą pedału nożnego. Takie jak mój Singer 834.
maszyna do szycia mechaniczna
Singer 834
maszyna do szycia mechaniczna - regulacja
Pokrętła do regulacji w maszynie mechanicznej Singer:
- na górze  pokrętła do regulacji naprężenia nici, wyboru ściegów,
 szerokości zygzaka i pozycji igły
- po lewej  pokrętło docisku stopki
- po prawej  pokrętło długości ściegu (1-4mm), 4-stopniowego obrzucania
 dziurki oraz przycisk szycia wstecz
  • komputerowe, czyli wyposażone przeważnie w mniejszy lub większy wyświetlacz, na którym wybieramy ściegi i inne ustawienia. Ten typ na ogół ma więcej bajerów typu liczba ozdobnych ściegów, regulator prędkości, uruchamianie przyciskiem na obudowie (można szyć bez używania pedała) itd. Często uważa się je za delikatniejsze od mechanicznych - na ile jednak jest to potwierdzony statystykami fakt, a nie obiegowy mit - nie wiem.
    maszyna do szycia komputerowa
    Maszyna komputerowa Brother
    maszyna do szycia komputerowa- regulacja
    Regulacja w maszynie komputerowej Brother:
    - po lewej  ekran wyboru ściegu z domyślnymi ustawieniami 
     długości, szerokości, naprężenia, ryglowania itd
    - po prawej na górze  suwak prędkości
    - po prawej na dole  przyciski START/STOP, ryglowania, pozycjonowania 
     igły, obcinania nici itd

    Porządna maszyna
    Co powinna mieć bezwzględnie i na co zwrócić uwagę? A za co warto ewentualnie dopłacić, jeśli możemy sobie na to pozwolić?

    1. Chwytacz rotacyjny.
    Niby wydawałoby się to oczywiste - nawet mój stary Singer to ma. Ale na rynku nadal jest sporo modeli z chwytaczem wahadłowym; co ciekawe mają go też maszyny wcale nie tanie, a wiele osób jest przyzwyczajonych do takiego rozwiązania i je preferuje. Ale moim zdaniem maszyna z chwytaczem rotacyjnym jest łatwiejsza w obsłudze. Generalnie ma to związek ze sposobem podawania i wiązania nitki z bębenka - w przypadku rotacyjnego maszyna pracuje na ogół ciszej i łatwiej wymienić szpulkę. Wygląda to tak (w przypadku chwytacza wahadłowego bębenek jest w pionie).

    chwytacz rotacyjny
    Chwytacz rotacyjny i bębenek w Singerze

    2. Metalowe podzespoły (i ewentualnie korpus).
    I osławione plastiki. Mit? Być może, ale to jednak sprzęt mechaniczny, jak samochód i podobnie należy go oceniać! Wiadomo, że konstrukcja metalowa jest trwalsza, wolniej się zużywają i ścierają części (a konieczność wymiany to dodatkowy koszt). Moja stara maszyna ma wnętrze metalowe i przez cały prawie 30-letni okres użytkowania jedne co trzeba było zrobić to wyregulować ją po okresie dłuższej jej bezczynności; poza tym zero śladów zużycia i liczę, że nowa też będzie równie trwała, bo ciężka jest jak nie wiem :D Jednak współczesne plastiki też są różnej jakości i niekoniecznie cała maszyna musi być pancerna, wystarczy zwrócić uwagę na jakość wykonania... choć oczywiście im więcej metalu w podzespołach tym z całą pewnością lepiej.
    Za to niezaprzeczalnie metalowa - czyli cięższa - maszyna jest stabilniejsza i nie spaceruje nam po stole w trakcie szycia, co niestety często zdarza się tym lżejszym.

    3. Ściegi.
    Prosty (stębnówka) i zygzak to absolutne minimum, koniecznie z płynną regulacją ich długości i szerokości! Sporo tańszych maszyn ma zamiast tego kilka programów ze sztywno ustawionymi tymi parametrami, np zygzak w 3-4 szerokościach, stębnówka w 3-4 długościach i finito - nie wolno tego mylić z ilością ściegów! Przydają się też ściegi elastyczne, ale to chyba też standard w przyzwoitych maszynach; w każdym razie były już w moim starym Singerze, więc chyba są w każdej nowej.
    Szerokość ściegów. O ile długość ściegów w większości maszyn jest podobna (5mm), o tyle warto poszukać modelu z jak najszerszym zygzakiem - 5mm to minimum, ale 7mm daje więcej możliwości i czasem naprawdę się przydaje (a są i takie co mają 9mm!).
    Ściegi ozdobne. Jak pisałam w poprzednim poście - mówi się, że to bajer, którym nie warto się kierować... Tak, o ile szyje się tylko ubrania - tam raczej rzadko się je wykorzystuje, jak już to w odzieży dziecięcej... Takie twierdzenie wynika też z tego, że obecnie prawie nie ma takich maszyn jak moja stara, pozbawionych jakichkolwiek ściegów dekoracyjnych, na ogół choć kilka jest. Ale co, jeśli mamy zamiar szyć głownie różne drobiazgi do domu? Często ozdabia się je dekoracyjnymi ściegami! Dlatego przeglądając ofertę maszyn warto przynajmniej porównać sobie, jakie która maszyna ma wzorki - bo być może przy porównywalnych modelach właśnie one mogą zadecydować o wyborze :) Zasadniczo - ilość takich ściegów mocno związana jest z ceną maszyny; jednak nie należy patrzeć na liczby, a na wygląd poszczególnych wzorów i możliwość ich zastosowania. Alfabety - warto sprawdzić jak wyglądają wyszyte, bo nie zawsze są szczególnie efektowne; są maszyny z polskimi znakami (Elna, Janome) ale za to np nie robią "spacji" (Janome) - chyba na takie szczegóły też warto zwrócić uwagę przy tych cenach... Warto tu też wspomnieć o funkcji jaką mają maszyny Brother - sporo ich modeli ma możliwość samodzielnego zaprojektowania własnego ściegu!
    Ustawienia naprężenia nici itp. W maszynach elektronicznych często automatycznie dobierane do ściegu - naprawdę wygodne, nie trzeba się zastanawiać jakie parametry są najoptymalniejsze (a w droższych modelach jest możliwość też zapamiętania naszych własnych ustawień). W maszynach mechanicznych ustawiane za pomocą pokrętła.

    4. Szycie wstecz.
    W zasadzie nie ma chyba maszyn bez tej funkcji, warto tylko sprawdzić gdzie umieszczono odpowiedni przycisk/dźwignię, czy łatwo jej będzie używać.
    Dużym za to udogodnieniem jest automatyczne ryglowanie, czyli samodzielne zakańczanie przez maszynę szwu kilkoma ściegami wzmacniającymi lub wstecznymi na początku i/lub końcu szycia, po naciśnięciu przycisku (w obu typach maszyn) albo programowalne, samoczynne (często spotykane w modelach komputerowych). O wiele wygodniejsze niż zabezpieczanie szyciem wstecz.

    5. Regulowany docisk stopki.
    Wiadomo, tkaniny są różne, czasem też trzeba przeszyć naprawdę grube złożenie, a czasem np przeszyć cienką firankę, czy coś zacerować.... obowiązkowe. Może być za pomocą pokrętła (tak jest np w mojej starej maszynie, więc tym bardziej jest to w nowych), a może być elektronicznie.
    Przydaje się też dodatkowy wznios stopki gdy do przeszycia (no i do przełożenia pod stopką!) mamy coś wyjątkowo nieporęcznego.

    dodatkowy wznios stopki
    Na górze - precyzyjna regulacja stopki
    w maszynie komputerowej
    Na dole - zwykły a dodatkowy wznios stopki

    6. Wolne ramię.
    Do wykańczania rękawów, obrębiania woreczków i mnóstwa innych rzeczy- naprawdę przydatne udogodnienie i też raczej konieczne. Na ogół jest, choć są naprawdę drogie modele (np Janome) które tego nie mają, wzorem maszyn przemysłowych (tylko, że przemysłowo takie rzeczy szyje się trochę inaczej niż w domu...).

    7. Pozycjonowanie igły.
    W kilku ustalonych pozycjach np. lewo-środek-prawo, albo płynne i precyzyjne (w maszynach komputerowych).

    8. Automatyczne obrzucanie dziurek na guziki.
    W starej maszynie mam 4-stopniowe, w nowej automatyczne... szczerze mówiąc przedtem unikałam dziurek jak mogłam, bo nigdy nie wychodziło idealnie, teraz wstawiam stopkę, wkładam guzik i robi się samo - rewelacja! Naprawdę warto mieć!

    stopka do automatycznego obrzucania dziurek
    Stopka do automatycznego obrzucania dziurek
    - wygląda podobnie u wszystkich chyba producentów

    Tyle absolutnego minimum. A co poza tym warto rozważyć?

    9. Wyposażenie dodatkowe.
    Czyli stopki przede wszystkim - przeważnie dodawany jest komplet różnych stopek i warto zwrócić uwagę jakich, bo oddzielnie to takie drobiazgi też potrafią kosztować. Te najważniejsze, poza uniwersalną, to do zwykłych zamków błyskawicznych (przydaje się też np.do wszywania wypustki ze sznurkiem) i do zamków krytych, do szwu krytego no i wspomniana wyżej do dziurek.
    Przydają się też i inne stopki, bo ułatwiają czynności do których są dedykowane (np specjalna do pikowania, do podwijania czy do lamowania), ale o ile nie ma ich w zestawie z maszyną - warto najpierw zorientować sie jakie stopki będą nam potrzebne i dopiero powiększać warsztat. Należy jednak sprawdzić typ chwytacza (podobno ma wpływ) i mocowania (niski, wysoki, zatrzaskowy lub nie), bo nie każda stopka pasuje do każdej maszyny (i może się nawet okazać, że do wybranego modelu maszyny nie możemy dokupić pasującej wymarzonej stopki!).
    System mocowania tzw matic, czyli zatrzaskowe - najpopularniejsze są obecnie stopki, nie potrzeba już odkręcać żadnych śrubek, wymiana jest szybka i wygodna.

    Uchwyt systemu zatrzaskowego stopek

    No i pełen wypas - jakie są później możliwości rozbudowy naszego sprzętu? Np. taki stolik powiększający. Niby niekonieczny, zwłaszcza na początku kariery, ale jeśli planujemy szycie wielkoformatowe, obrusy, pościele, patchworki i te sprawy - naprawdę ułatwia!

    10. Ilość miejsca po prawej stronie stopki.
    Raczej rzadko brana pod uwagę sprawa i niepriorytetowa na pewno - ale moim zdaniem jeśli planujemy szyć rzeczy duże (zasłony, pościele itd) czy grube, z ociepliną (np patchworki) warto mieć tej przestrzeni jak najwięcej... a i przy innych produkcjach się przydaje, więcej miejsca to łatwiejsze manewrowanie materiałem.

    11. Transport.
    Budowa, czyli ilu jest płozowy - im wiecej tym lepsze, równiejsze podawanie materiału. Warto mieć 7-płozowy transport, wcześniej miałam 3-płozowy i czuję kolosalną różnicę. Są też maszyny z wbudowanym górnym transportem (najlepszy ma ponoć Pfaff), bardzo przydatne dla dużo pikujących, szyjących z trudnych materiałów. Do wielu maszyn można też dokupić stopkę tzw. kroczącą (z ang. walking foot, u nas jest małe zamieszanie, bo tak mówi się też na stopkę do cerowania), z górnym transportem, pewnie tego wbudowanego idealnie nie zastąpi, ale... do szycia rzeczy z ociepliną fajna sprawa.
    Wyłączany transport. Czasem w starszych lub tańszych modelach jest zakrywająca go płytka - to nie jest alternatywa, wyłączany i opuszczany transport jest o wiele wygodniejszy! Przydaje się przy pikowaniu swobodnym, cerowaniu, haftowaniu i wielu innych pracach.

    3- i 7-płozowy transport maszyny do szycia
    Po lewej transport 3-płozowy, po prawej transport 7-płozowy

    12. Inne ułatwiacze oraz bajery.
    Nie są niezbędne, ale warto o nich wiedzieć i - za niektóre - dopłacić jeśli mamy możliwość:
    Funkcja start-stop. W maszynach komputerowych - pozwala szyć bez pedału nożnego, przy długich odcinkach spora wygoda.
    Regulacja prędkości szycia. Czasem zszywamy różne łuczki w serduszkach i maskotkach, czasem obszywamy skomplikowaną aplikację, a czasem szyjemy długie proste odcinki - dzięki tej funkcji nie trzeba pilnować właściwego docisku pedała, skupiamy sie na manewrowaniu tkanina a maszyna sama szyje w wybranym przez nas tempie.
    Obcinacz nitek. W postaci specjalnego nożyka na boku obudowy (często spotykane), albo w wypasionej wersji - automatyczne obcinanie po zakończeniu szwu. Wygodne, ja zawsze mam problem, gdzie odłożyłam nożyczki, "przecież przed chwilą tu były!" - a tak, nie trzeba szukać. I nie trzeba przed każdym szwem przeciągać nitki w igle, żeby nie uciekła!

    nożyk do nitek
    Nożyk do nitek
    (obcinacza automatycznego sfotografować się nie da :P)

    Sposób montażu szpulki w bębenku. Przy chwytaczu rotacyjnym jest dość prosty. Ale często spotyka się teraz system, w którym szpulkę wystarczy włożyć, zaczepić nitkę - sama się odcina i już, nie ma tego upierdliwego przeciągania jej igłą maszyny itd - polecam ten patent! Jestem tym zachwycona! Dodatkowym udogodnieniem jest przezroczysta płytka zasłaniająca szpulkę - dzięki temu widać, że nitka się kończy i nie zaskoczy nas to w połowie długiego przeszycia (maszyna może mieć też czujnik ilości nitki, ale ja chyba nigdy nie skorzystam tej funkcji, przezroczysta płytka wystarcza - i bardzo się sprawdza).

    przezroczysta płytka zakrywająca bębenek
    Przezroczysta płytka w Brotherze oraz sposób montażu
    - nitkę zaczepia się po prostu w widocznym po lewej rowku

    Autonawlekanie igły. Wygodne. Nie działa przy igle podwójnej i innych nietypowych oraz przy bardzo grubych niciach.
    Przycisk pozycjonowania igły góra-dół. Rzadko udaje się zatrzymać maszynę z igła wbitą w materiał, a często jest to przydatne... Chociaż w zasadzie to każda maszyna ma koło zamachowe, które można wykorzystać podobnie :)
    Max. ilość wkłuć igły na minutę - dla planujących szyć patchworki i inne rzeczy wymagające czasochłonnego szycia to parametr który chyba warto rozważyć. I jeśli szyjemy naprawdę dużo (no i przy haftowaniu) - niezależne nawijanie szpulki bębenka (w trakcie szycia). Nie tracimy czasu.
    Samosmarowanie. No... szczerze to ja nigdy nie miałam serca do tego, żeby coś w swojej starej przesmarować, więc nie wiem, ale jeśli nie trzeba tego robić to chyba dobrze, prawda? :P

    Ja w swoim nowym Brotherze chwalę sobie jeszcze dwie rzeczy - po pierwsze 2 schowki na akcesoria - są bardzo sprytnie pomyślane, w części zdejmowanej do szycia na wolnym ramieniu, jeden jest dwupoziomowy. Wszystko się zmieści i wszystko jest pod ręką, nie muszę nigdzie iść po np inną stopkę - super.
    Drugi ułatwiacz to podnośnik kolanowy stopki - niestety dostępny już tylko w bardziej zaawansowanych modelach - doprawdy wygodna rzecz, dopóki nie miałam, to nie widziałam potrzeby, ale po pierwszych próbach jestem na tak :)

    schowki na akcesoria w maszynie do szycia
    Jeden z dwóch schowków w Brotherze

    Natomiast duperele typu oświetlenie, możliwość szycia podwójną igłą, naprężacz nici - ma każda maszyna i takie teksty sztucznie powiększające w opisie liczbę zalet maszyny omijamy. I przede wszystkim - "ścieg owerlokowy" owerloka nam nie zastąpi!

    Podstawowe zasady wyboru maszyny są dwie:
    - dokładnie zastanów się czego od maszyny oczekujesz i do czego będziesz ją wykorzystywać - okazjonalne niewielkie poprawki, skracanie zasłon i jeansów? Szycie ubrań? Czy może dekoracji domowych? Albo quilting? Dla każdego lepsza jest inna maszyna. Moja rada - spisać na kartce w punktach jakie funkcje nam się przydadzą, co bezwzględnie maszyna ma mieć i wg tego spisu porównywać modele, te którym czegoś brakuje od razu odpadają, a wszystko ponad nasze wymagania będzie tylko wisienką na torcie. I wtedy okaże się, że wybór wcale nie jest taki trudny i aż takiego zatrzęsienia modeli na rynku nie ma...
    - kup najlepszą maszynę na jaką cię stać! To zakup na lata! Nie warto kupować wg założenia "najpierw coś prostego, a jak mi się spodoba to kupię lepsze". Nie, nie - jeśli nie masz pewności czy szycie ci się spodoba - rozejrzyj się, może ktoś znajomy, może babcia czy ciocia posiadają maszynę i dało by się ją pożyczyć, sprawdzić co i jak... bo bubel "na próbę" z supermarketu to najgorsze rozwiązanie - jest duże prawdopodobieństwo, ze będzie się psuł, ciężko go będzie wyregulować, więc będzie zrywał nitki, pętelkował i będzie miał inne fanaberie... A często zdarza się, że mechanicy nie bardzo chcą nawet takie maszyny serwisować i naprawiać... I w efekcie zamiast radości z szycia - przyjdzie zniechęcenie, maszyna pójdzie w kąt i tyle z nowego hobby... No, a nawet jeśli się nie zniechęcisz - zakup dwóch maszyn to de facto wyższy koszt tej docelowej... A jeśli już wiesz, że to cię kręci? Wtedy naprawdę warto poczekać nieco, odłożyć trochę więcej i zainwestować w lepszy, porządniejszy sprzęt. Uważam, że skoro można tak robić w przypadku samochodów, lodówek czy telewizorów, to dlaczego nie maszyn? Z czasem mamy ochotę tylko na więcej i warto, by po pewnym czasie nie było żal, że nie mamy tego czy owego, a wymiana nie wchodzi w grę...

    Marka/Serwis.
    Popularne (na polskich forach szyciowych) i polecane są Janome, Elny (tak w zasadzie to to samo co Janome), bardzo dobre i sprawdzone są również Pfaffy, Brothery, a także Husqvarny (tu jednak często widziałam narzekania na serwis - i to poważnie zniechęciło mnie do zakupu); Juki to specjaliści od przemysłówek, więc i domowe maszyny pewnie mają świetne... Są to sprzęty porównywalne i dobrej jakości i tak naprawdę nie ma większego znaczenia na którą z nich się zdecydujemy... Wiadomo że i tak prawie wszystko produkowane jest w Azji (np. Pfaffa już nie robią w Niemczech, a w Czechach i na Tajwanie; Husqvarny w Szwecji chyba też już nie, nie wiem jak jest z Berniną), ale jest i "chińszczyzna" i dobrej jakości sprzęt.
    Kiedyś królował u nas Łucznik (lub przez niego też produkowany Singer na licencji - jak mój), ale nie jest on już produkowany w Polsce i nie należy kierować się tym co było dobre 20 lat temu, "bo mamy/babci Łucznik ciągle działa"! Być może są dobre nowe modele tej firmy - nie mam takiej wiedzy - ale chciałam tylko przestrzec przed takim podejściem (a sama mam przecież w zasadzie takiego świetnego starego Łucznika).
    Podsumowując - w wyborze można co prawda ogólnie kierować się marką (które nam osobiście się podobają i jakie zbierają oceny), za to na pewno należy rozważyć:  kwestię dostępności części zamiennych za np. 10 lat (bo przecież to zakup na lata! Czy marka X z marketu nam to zapewni?), dostępność serwisu w naszej okolicy (nawet jeśli gwarancja obejmuje tzw "door-to-door" to kiedyś się ona skończy i wysyłka maszyny na drugi koniec kraju do serwisu może nas trochę kosztować!) i przede wszystkim awaryjność i  jakość konkretnego modelu (jeśli powtarzają się w wielu miejscach narzekania to może warto dokładniej sprawdzić wybrany sprzęt? ja miałam właśnie ten dylemat przy zakupie i ostatecznie zrezygnowałam z początkowego wyboru), a nie tym co było kiedyś, ani jaka jest ogólna opinia o marce.

    Nowa czy używana?
    Jeśli szukamy jak najtańszego sprzętu to z pewnością lepsza używana, ale sprawdzonego producenta, niż nowy bubel supermarketowy - ale jeśli nie znamy sprzedawcy istnieje ryzyko, że np. była nie do końca właściwie eksploatowana, ma jakieś usterki... więc na dwoje babka wróżyła. Najlepiej byłoby ją sprawdzić w punkcie serwisowym przed zakupem. Z całą pewnością warto też popytać w najbliższym otoczeniu, czy nikt nie ma na zbyciu maszyny podobnej do mojego Singera 834 - to naprawdę świetny sprzęt. Ewenementem wśród nowych tanich maszyn mechanicznych jest SliverCrest z Lidla - zbiera wiele pochlebnych opinii i ma całkiem rozsądne funkcje, ściegi i wyposażenie (oraz długą gwarancję!) - ja nie miałam do czynienia więc się nie wypowiem o użytkowaniu, ale chyba warto obejrzeć.
    Na pewno jeśli kupujemy nową maszynę warto zwrócić uwagę na gwarancję, 2-letnia to rozsądne minimum, 3-letnia (a są i 5-letnie) jeszcze lepsza.

    Co jeszcze warto sprawdzić przed zakupem?
    Najlepiej pójść do sklepu i samemu spróbować coś przeszyć na wybranym modelu - w dobrych punktach jest taka możliwość, w końcu nie kupujemy pudełka zapałek, tylko wcale nie najtańszy sprzęt. I nawet jeśli w opisie i teorii wygląda super - zobaczyć czy w praktyce wygodnie nam się ją obsługuje, czy cicho pracuje, oraz poprosić o krótkie chociaż przeszkolenie z jej użytkowania jeśli to bardziej zaawansowany model. Warto też oczywiście sprawdzić jakie opinie zbiera upatrzony sprzęt (starannie odsiewając te wpisane przez sprzedawców i innych profesjonalistów od marketingu) - przede wszystkim na np. forach szyciowych - tam często można bezpośrednio wypytać prawdziwe użytkowniczki o szczegóły i poprosić o recenzję... Polecam świetne forum http://szyjemy-po-godzinach.pl oraz e-krawiectwo.net. Oczywiście, czasem takie dyskusje przypominają te nad wyższością Świąt Bożego Narodzenia, bo przeważnie każdy chwali to, co sam wybrał... albo pod wpływem forum powtarza zasłyszane opinie; ale po ich odsianiu można tam uzyskać naprawdę sporo informacji.
    Uffff.... to tyle na początek :) Innym razem opowiem co - oprócz oczywistych nożyczek, szpilek i żelazka - warto jeszcze ciekawego posiadać w swoim krawiecki arsenale, bo nigdzie chyba nie spotkałam się z takim zestawieniem, a niektóre gadżety bywają naprawdę pomocne :)

    Pozdrawiam,
    ushii

    Szafka, czyli post nieco techniczny

     Wrrr, znów jak nie urok to przemarsz wojsk... wczoraj była śliczna pogoda do robienia zdjęć - to aparatu nie miałam, bo oddałam go do przeglądu - dziś jak skombinowałam wreszcie zastępczy to pogoda fatalna.  I zdjęcia byle jakie... ale nie chciałam już dłużej odwlekać posta, więc są jakie są :) A zatem...

    stara szafka - odnowiona / vintage cabinet renovation

    Była sobie szafka. Znaleziona koło mieszkania mojej mamy, solidna i w dobrym stanie - niestety większość czasu spędziła w piwnicy, bo nikomu do niczego nie pasowała. Aż nastąpiły u nas spore zmiany i potrzebna mi się stała szafka pod lampę... no ale mi również się ta staruszka nie podobała - nie przepadam za takimi zaokrągleniami blatów i boczków; więc, co może zbulwersuje niektórych - postanowiłam ją przerobić. I tak też się stało... Wyglądała tak:


    Wymontowaliśmy  i przecięliśmy na pół drzwiczki, przerobiliśmy nieco blat, zmontowaliśmy z kilku deseczek większą szufladę, a na koniec ozdobiliśmy różnymi listewkami itp...


    I tak powstała szafeczka w trochę innym stylu, która teraz nam się podoba :) a ja mam mebelek dokładnie taki, jak mi się zamarzył i to za darmo! No ok, za koszt resztek farby z puszki i kilku listewek ze schowka :P Myślę jeszcze nad ozdobieniem listewkami szuflady, ale na razie nic nie zdecydowałam - bo tak tez mi się podoba. I idealnie pasuje mi do tego kącika :))

    stara szafka - odnowiona / vintage cabinet renovation

     A na koniec, jako tą wisienkę na torcie - zamontowałam uchwyt do szuflady, który dostałam - z malutkim wyprzedzeniem - w prezencie urodzinowym od mojej kochanej Agusi! Podoba Ci się kochana?? Dziękuję jeszcze raz przeogromniaście :)))

    stara szafka - odnawianie i malowanie mebli poradnik

    To dopiero pierwsza z moich przeróbek i zmian, które mam do pokazania... i to w dodatku najmniejsza! Ktoś kto dobrze zna moje wnętrza nawet na powyższych fotkach to zauważy :)) Nagromadziło się tego od groma i czas najwyższy je zacząć ujawniać - więc będzie bardzo przeróbkowo niedługo (jak tylko aparat do mnie wróci, bo tym zastępczym to żadna zabawa). A skoro o przerabianiu i odnawianiu mebli mowa...

    Ponieważ odstaję bardzo dużo maili z pytaniami jak odnawiam meble i od dawna już obiecuję o tym tu opowiedzieć - dziś z okazji moich przeróbek meblowych -  będzie krótkie podsumowanie, czyli "jak to robimy my" :P


    1. Usuwanie starych powłok

    Jeśli chcemy, by nowa farba dobrze się trzymała - warto usunąć starą. Usuwać ją można:

    - mechanicznie - szlifierką (oscylacyjną albo tzw deltą, na zdj. z przodu) lub ręcznie papierem ściernym - zaczynając od grubszych papierów (60-80 w zależności od powierzchni - trzeba dobrać taki papier by nie robić rys) i stopniowo przechodząc do coraz drobniejszych granulacji (np 120).



    - chemicznie - za pomocą różnych dedykowanych specyfików do usuwania starych powłok - nakładamy je, odczekujemy chwilę i ściągamy łuszczącą się farbę szpachelką. Potem szlifujemy resztki papierem ściernym - niestety niektóre farby po takim zabiegu lubią się mazać i dużo trudniej je usunąć do końca, więc lepiej to najpierw przetestować na małym kawałku...

    - opalarką - farba złuszcza się pod wpływem ciepła, w czym pomagamy jej szpachelką. Trzeba tylko uważać ze zbyt długim podgrzewaniem w jednym miejscu i ze zbyt małej odległości, by nie przypalić drewna. Resztki farby usuwamy oczywiście papierem ściernym.


    2. Przygotowanie do malowania

    Jeśli mebel jest drewniany - wygładzamy jego powierzchnię drobnym papierem, starannie usuwamy pył po szlifowaniu (inaczej przyklei się do pędzla i na nic nasz wysiłek), jeśli trzeba też odtłuszczamy i gotowe.

    Na tym etapie trzeba też uzupełnić ubytki szpachlą - oczywiście jeśli to konieczne i jeśli oczekujemy gładkiego i równego efektu; po wyschnięciu starannie takie miejsca szlifujemy. Jeśli malować będziemy kryjącą farbą - wystarczy biała akrylowa szpachla, bardzo  łatwa do szlifowania. Ja używam takiej:


    Jeśli mebel będzie bejcowany, kryty barwiącym woskiem itd - należy użyć szpachli w kolorze o ton jaśniejszym od docelowego koloru mebla (więcej o tym będzie za chwilę).

    Pytaliście mnie również jak poradzić sobie z meblem z płyty. Jeśli okleina jest naturalna to postępujemy podobnie jak z meblem drewnianym, uważając by nie zeszlifować zbyt mocno i nie uszkodzić jej cienkiej warstewki. Jeśli okleina jest foliowa - szlifowanie itp zabiegi oczywiście odpadają - jednak taki mebel też można pomalować, ale trzeba pamiętać, że farba może się trzymać o wiele słabiej, łatwiej odpryskiwać i łuszczyć się (w dużej mierze zależy to też od jakości farby, dlatego - w miarę możliwości - warto zainwestować w jak najlepszą). Najlepiej zaopatrzyć się w drobną wełnę stalową, albo w bardzo drobny papier ścierny - i zmatowić powierzchnię przed malowaniem - zwiększy to przyczepność farby (istnieją też specyfiki zwiększające jej przyczepność, ale takie matowienie jest konieczne mimo wszystko - i nie trwa to długo). Koniecznie trzeba też odtłuścić mebel (i odpylić oczywiście).

    My nie mamy takich mebli, bo wolimy naturalne drewno, więc nie mogę takich przykładowych realizacji za dużo pokazać. Z jednym wyjątkiem - płyta zwieńczająca naszą garderobę była w takiej właśnie okleinie imitującej drewno - jako jedyna ostała się z konstrukcji pozostałej po poprzednich właścicielach naszego poddasza i pokryliśmy ją identycznie jak nowe drzwi - po kilku latach żadnych śladów użytkowania na niej nie ma (jednak jest dość wysoko i nie jest mocno narażona na uszkodzenia).


    Płyciny drzwi schowka robiliśmy z płyt mdf, ale naturalnych, bez okleiny - drzwi użytkowane intensywnie codziennie od 6 lat i brak śladów zużycia jak widać...

    przestrzeń pod skosem - przechowywanie

    3. Malowanie

    Jeśli chcę pokryć mebel warstwą kryjącą - używam dobrych farb akrylowych do drewna i metalu w wersji matowej lub półmatowej, a maluję wałkiem gąbkowym i pędzelkiem.

    Najpierw pędzelkiem malujemy narożniki i inne kąciki, potem wałkiem płaskie powierzchnie. Jednak żeby uzyskać trwałą powłokę nie korzystamy z zaleceń jakie umieszczają producenci farb na puszce - malujemy dobrze odciśniętym wałkiem i kładziemy kilka cienkich warstewek, a nie dwie grube - może dłużej trzeba czekać na ostateczny efekt, ale jest on trwalszy. Każdej warstwie dajemy też porządnie wyschnąć - tyle ile podaje producent, bo zapewnia to optymalne połączenie się warstw ze sobą. W efekcie cieszymy się meblami, które po kilku latach intensywnego użytkowania nie mają żadnych odprysków.

    Jeśli farbę kładziemy na surowe drewno - po pierwszym malowaniu nawet dobrze wyszlifowanego mebla podniesie się tzw. włos. Włókienka drewna pod wpływem wilgoci puchną i się unoszą - efektem jest mniej lub bardziej szorstka powierzchnia. Dlatego po wyschnięciu pierwszej warstwy szlifujemy jeszcze raz - ale tym razem bardzo drobnym papierem (np 400) i tylko delikatnie, bez silnego nacisku - po kilku ruchach już poczujemy gładką powierzchnię pod palcami, więc idzie to błyskawicznie. Odpylamy (!) i można kłaść koleją warstwę (nie trzeba tego oczywiście powtarzać przy kolejnych warstwach farby).

    Nie zabezpieczam dodatkowo tak pomalowanych mebli żadnym lakierem itp, bo a) nie widzę konieczności, nasze powłoki są wystarczająco trwałe, b) nie lubię błyszczących powierzchni, a jak dotąd nie spotkałam się z naprawdę matowym (i łatwo dostępnym) lakierem do mebli - każdy choć odrobinę zażółca białą farbę i każdy choć trochę się jak dla mnie błyszczy - pomijam tu lakiery decou, które jednak do dużych mebli nie bardzo cenowo by wyszły :). Nie używam też farb alkidowych - niby wg producentów mają być o wiele nowocześniejsze od starych olejnych, nie błyszczeć się tak, nie śmierdzieć (nieprawda!) - ale próbowałam nimi malować i wg mnie mebel wygląda jak utopiony w takiej farbie, nie czuć już drewna pod spodem - po prostu nie podoba mi się taki typ wykończenia.

    Shabby chic w moim wydaniu - osiągam bardzo popularną techniką. Przed położeniem warstw jasnej, docelowej farby kładę warstwę ciemniejszą, np. brązową, grafitową - ale tylko w miejscach gdzie planuję robić przetarcia - na kantach, rantach itp. Kiedy farba wyschnie przecieram ją świeczką, a następnie normalnie maluję na jasno. Kiedy wszystko ostatecznie wyschnie - przecieram te same miejsca drobniutkim papierem ściernym - dociskając z różną siłą. Lepiej robić to stopniowo, niż od razu zetrzeć za dużo.


    Natomiast gdy chcę osiągnąć transparentny efekt i tylko zabarwić drewno - używam bejc, wosków i lakierów satynowych. Pamiętać jednak trzeba, że bejca nie zabarwi białej szpachli, dlatego trzeba wtedy używać takiej w kolorze drewna - o ton jaśniejszej od docelowego koloru mebla. Ale przy większych szpachlowaniach może to i tak być widoczne, trzeba więc przemyśleć, czy na pewno taki efekt chcemy osiągnąć.

    Preparat wcieram szmatką i ścieram nadmiar. Po bejcowaniu też podnosi się włos, więc również go usuwam. Na koniec pokrywam mebel woskiem - albo bezbarwnym lakierem (nie błyszczącym, matowym lub satynowym). Polecam zwłaszcza V33 - wcieram go ręcznikiem papierowym i w efekcie w zasadzie nie widać, że mebel jest polakierowany, wygląda jak woskowany.

    Pobielanie mebli, z zachowaniem rysunku słojów, również można wykonać z użyciem bejc i wosków, tak jak powyżej. Albo taniej - rozwodnioną farbą akrylową do drewna, dobrze się sprawdza na mniejszych przedmiotach. Mieszam jej odrobinę ze sporą ilością wody i nakładam szerokim miękkim pędzlem, często specjalnie niezbyt równo. 
     
     

    Identycznie robię, gdy chcę np lekko "zszarzyć" drewno, by wyglądało na starsze, zniszczone, tylko używam szarej, odrobiny brązowej  i białej farby. Wycieram jej nadmiar - lepiej położyć kolejną warstwę jeśli efekt wyjdzie zbyt słaby, niż przedobrzyć. Przygotowanie drewna wygląda oczywiście podobnie jak we wcześniejszych podpunktach.


    I to tyle na dziś... pozdrawiam!
    ushii