Bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie przemiłe komentarze, świadomość, ze komuś podoba się co robię motywuje do działania :) Dziś jeszcze trochę moich tworków na początek: kolejny z serii kuchennej - organizer, mam jeszcze trochę innych projektów w zanadrzu, ale jeszcze nie ukończone, więc chwilowo tylko on:

Oraz pierwszy z serii nieco słodszych, dziewczęcych drobiazgów, kolejne w przygotowaniu... jak Wam się to podoba?

I na koniec garść drobiazgu z gliny, tym razem maszyna miała wolne :)

Ja też postanowiłam dołączyć w końcu do grupki wypominających z rozrzewnieniem dziecięce lata :D Ochotę miałam, jak tylko zobaczyłam to na blogu Llooki - inicjatorki całego zamieszania , ale przyznam się, że całkiem nie wiedziałam jak... bo u wszystkich widzę ukochane misie, wytargane, z odpadniętym noskiem od niezliczonych godzin przytulania, całowania i kochania... bardzo fotogeniczne zwierzątka, trzeba przyznać. A ja co? Nie miałam misia!!! Nie było też żadnej lali, żadnego króliczka ani innego dziewczęcego przytulaska, który spałby ze mną i którego wyniosłabym z domu panieńskiego na pamiątkę... Pewnie - babcie, ciocie przy różnych okazjach próbowały wetknąć mi coś takiego, a jakże... ale bez powodzenia. Bo moją miłością były AUTKA!!!! Żaden pojazd nie był w moim towarzystwie bezpieczny, kochałam je przeogromnie!

A już jazda prawdziwym to było coś... a jak wdrapałam się na traktor i po raz pierwszy sama go odpaliłam... pełnia szczęścia! Fotka co prawda nie z samodzielnej jazdy, bo to było ciut później i bez czujnego oka Dziadka... (mało czujne miał oko, ale jak się dowiedział... miałam przerąbane :D )

Niestety... mając w rodzinie samych młodszych braci trudno było jakiekolwiek autko sobie zatrzymać, podobnie jak ukochane klocki... dopiero kilka lat temu, remontując Mamy balkon znalazłam jedno maleńkie, które wpadło niegdyś za załom balustrady i dzięki temu przetrwało... nie było to moje ulubione czerwone autko, widoczne zresztą na fotce wyżej, ale i tak bardzo się ucieszyłam!

Przeglądając blogi zobaczyłam komentarz Mili właśnie dotyczący naszych zabawek i nasunęło mi się pytanie: za, powiedzmy, 20-30 lat - co sobie mogłyby pokazywać na naszych miejscach dzisiejsze kilkulatki?
Będzie to gadanie starego ramola, ale... wiecie co? Ja się cieszę ze swojego wieku, bo dane mi było mieć dzieciństwo w tym podobno okropnym poprzednim ustroju! Bo nie było wyścigu szczurów, szkoły od nie wiem już nawet którego roku życia, mnóstwa dodatkowych zajęć, nie było komórek, komputerów - a było prawdziwe dzieciństwo, gdzie był czas na zabawę, spotkania z kolegami na trzepaku, a nie na gg, i z wakacjami na wsi, a dobranocka w telewizji była wyczekana i miała klimat, nie to co obecna ogłupiająca papka serwowana dzieciakom... wybaczcie, ale takie mam zdanie :)

A tak w ogóle to od wczoraj za oknem wróbelki ćwierkają jak opętane, a one zawsze mnie informują o rychłym końcu zimy! I ja im wierzę, mam nadzieję, że te mrozy już niedługo się skończą! Śnieg bardzo lubię, kuligi bardzo lubię, łyżwy bardzo lubię... ale sól i mróz to już niekoniecznie :(
Pozdrawiam,
ushii