Yellow summer, czyli porównaj dwa obrazki :)

Pokazałam Wam już nowe odsłony kącika dziennego (no ok, połowy kącika :), kuchni, to może dziś zajrzymy do... Wróć. Napisałam ostatnio, że kuchnia tak naprawdę wygląda już trochę inaczej? A i w okolicach tv też się coś niecoś zmieniło, zaraz jak tylko Wam ten kawałek pokazałam... I wychodzi na to, że znów nie jestem z fotkami na bieżąco! No to dziś będzie mała aktualizacja, obejrzyjcie tych kilka drobiazgów - a następnym razem wybierzemy się w zupełnie inne miejsce :)

Od jakiegoś już czasu na przeciwko kanapy, koło bujaka, mamy kosz. W święta stoi w nim choinka, a na co dzień wypełniony jest poduchami, kocami i innymi takimi. I super, ale ostatniej wiosny stwierdziłam, że taki wiklinowy i ciemny jest ok, ale w zimie, na jesieni... a na wiosnę właśnie i na lato chcę coś innego. Rozwiązanie swojej zachciewajki znalazłam w H&M Home. Jasny, pleciony - fajny. Ale ja przecież nie umiem nic od tak kupić i postawić, więc domalowałam mu jeszcze gwiazdkę, o!


A dla porównania przedtem było tak:


Zrobiło się trochę bardziej letnio? :) A oko wiernego czytelnika odszuka jeszcze jedną zmianę na pierwszym obrazku :) Zachciało mi się domków - więc sobie wycięłam, pomalowałam i mam :D Kurcze znowu coś żółtego! A kiedyś tak się zaklinałam, prawda? A coraz bardziej lubimy się z tym kolorem... w związku z czym kupiłam kolejnego żółciaka, he he! Lampion na moją tacę w wersji letniej:


Tacy pokazać z całości nie mogę, bo wciąż jeszcze kombinuję i przestawiam, i całkiem zadowolona nie jestem...A ponieważ kombinuję też w wielu innych zakątkach naszego poddasza nic innego też już dziś nie pokażę :P Ale niebawem, niebawem... będzie coś więcej :) Dziś tylko jeszcze jedna, nie, dwie sprawy: po pierwsze zapraszam Was jeszcze raz do mojego wyprzedażowego zakątka - dorzuciłam trochę domowych i scrapowych skarbów :) A po drugie...

... kto ma ochotę jednak już dziś, koniecznie, zobaczyć coś niecoś - może zajrzeć do najnowszego numeru magazynu Green Canoe - cóż, miałam wielkie chęci i zamiary popłynąć z Asią już pierwszym rejsem, ale ciążowe kłopoty ni nie pozwoliły... tym razem wreszcie udało mi się zaokrętować, więc zapraszam do wspólnej żeglugi!

http://issuu.com/greencanoe/docs/gcs-2014_lato

Ahoj!

Wracam do kuchni :)

Nie, nie kulinarny post dziś będzie, nie bójcie się :)

różowy termos vintage w kwiaty wiśni
Mój gwiazdkowy prezent, którego od dwóch lat nie udało mi się pokazać... a to jeden z najlepszych
prezentów, jakie znalazłam pod choinką:)
Tyle już razy o moich pastelkach, emaliach i innych kuchennych drobiazgach była mowa w poprzednich postach... i nie raz już myślałam, że czas znów wrzucić kilka nowych fotek mojej kuchni, bo dawno już ją pokazywałam i opisywałam jej przemianę (o tutaj). I cóż... Wersja robocza tego posta powstała ponad 2 lata temu, ale coś tam jeszcze chciałam przed zrobieniem fotek zmienić, poprawić i odłożyłam go na później. I tak ciągle jakieś "jeszcze coś" poprawiałam, przy okazji wymyślałam nowe, kolejne "coś", a post czekał i czekał... Bez sensu :) Bo prawie wszystko co napisałam już się kilka razy zdezaktualizowało! No to dziś to moje kuchenne królestwo w końcu pokażę, bo... a nie, nie, o tym będzie na końcu :P Zatem zapraszam!


Mebli oczywiście żadnych (no, prawie :D ) nie wymieniałam od tamtej pory i większych rewolucji nie było. Ale zniknęła część drobiazgów, pojawiły się inne... Dość dawno poznikały czerwone akcenty, zrobiło się bardziej kolorowo - jak łatwo się domyślić po wcześniejszych postach. Ceramiczne foremki, emaliowane rondelki i inne dodatki, pełnią nie tylko funkcję praktyczną, ale i tworzą radosne barwne akcenty na tle białych szafek...


Jak może zauważyliście pojawiła się również moja wymarzona waga! Kto zagląda do mnie od dawna ten wie, że były różne podejścia: najpierw w stylu retro, Typhoona (swoja drogą dobra, polecam) - ładna, ale to nie było to. Potem próbowałam z kolejnymi, prawdziwymi staruszkami, pamiętacie? Ale w głowie tak naprawdę ciągle miałam inną... Taką jak za PRL-u w sklepach :) Niestety - zwykle te wagi mają niestety dość duże rozmiary i w mojej maleńkiej kuchence wyglądałyby monstrualnie. Choć był już moment, że jedna taka tak mnie oczarowała, że M. już nawet kombinował jej transport (bo to i ciężar ma niezły, prawie 30 kg!), ale była tak duża, że popukałam się w czoło i musiałam sobie odpuścić... zła i rozczarowana przeglądałam tego samego dnia wieczorem allegro - i tu nastąpił mały cud :) Bo ja zwykle tam w ogóle nie zaglądam. A właśnie wtedy ktoś wystawił mój ideał - tej firmy o której marzyłam, w takim kształcie jak potrzeba, wielkość też dokładnie taka jak trzeba... i jeszcze cena aż podejrzanie niska! Ale zaryzykowałam :) I mam, mam! Czeka jeszcze na odświeżenie, ale co tam :))

Drobnych zmian było przez ten czas rzecz jasna więcej... Na przykład kiedyś pomalowaliśmy krzesła barowe - były ulubieńcami chyba każdego kto nas odwiedza, a i my często z nich korzystaliśmy. Ale ich kolor drażnił mnie od dawna i przez to raczej o nich ciepło nie myślałam... a po malowaniu wtopiły się w tło. Piszę o nich w czasie przeszłym, bo obecnie są schowane, a stoi tam krzesełko dziecinne... ale pewnie za jakiś czas powrócą :) Pokażę je Wam zatem w tej jaśniejszej odsłonie:


Na fotce wyżej nad półwyspem widać też tablicę... to ta sama, którą pokazywałam dawniej, tylko przemalowana... tyle, ze dziś, tak jak krzeseł, już jej tu nie ma :) Dekor usunęłam i powiesiłam ją w zupełnie innym miejscu :)A na jej miejscu zawisła półeczka, która kiedyś wisiała w przedpokoju... bardzo jestem z tej zmiany zadowolona. I ogólnie nasza Kuchlandia wygląda dziś tak:

Spostrzegawcze oko wyłowi też na fotkach zmianę troszkę większą (jakby co, tu dawniejsze fotki kuchni do porównania :) Jak widać nieco zmieniła się jedna z górnych szafek. Miała tam zawisnąć pewna stara górka od kredensu - ale tyle czasu nabierała mocy urzędowej, że jak przyszło co do czego, to się rozsypała :D... Przerobiliśmy zatem co nieco to, co już było i mam swoją wymarzoną szafkę ze wspornikami na dole, o :)


Za to jedno, czego przez tyle lat moja kuchnia się nie doczekała - to czajnik. No nie wiem jak to możliwe, ale zaraz po przeprowadzce, 10 lat temu - kupiliśmy czajnik, tzw parapetówkową prowizorkę. Widząc moją minę przy kasie M. wygłosił słynne już zdanie, że "to tylko na dwa tygodnie (sic!), potem poszukamy czegoś fajniejszego". Taaa... Widać tego fajniejszego jeszcze nie wyprodukowali, a ta paskuda, ten dziad za 19zł działał bez szwanku tyle lat! I przeżył wszystkie inne czajniki w rodzinie... Ale tego dziada Wam nie pokażę, o nie, wystarczy, że ja na niego musiałam codziennie patrzeć :D Szczęśliwie niedawno nareszcie dożył swoich dni (stąd to widoczne na słupie gniazdko, zwykle jest zasłonięte przez czajnik właśnie... pozostałe gniazdka są ukryte pod spodem półek i szafek wiszących - bardzo polecam to rozwiązanie)! A ja szukam tego właściwego :)

Pokażę za to jeszcze moje skrzyneczki, które pojawiły się co prawda na samym początku istnienia tego bloga (o tu, proszę moje początki:), ale tylko w fazie w zasadzie produkcyjnej. Sprawdziły się, służą wiernie, a moja cebula i ziemniaki czują się w nich iście królewsko :)


Oczywiście na co dzień skrzynki, tak samo jak i inne ozdobne pojemniki, które też już kiedyś pokazywałam rezydują w szafkach, a nie na blatach... ale zawartość moich szuflad to temat na oddzielny post, bo tu i tak już metrowiec powstaje :) Odpowiem jednak przy okazji na powtarzające się pytanie - gdzie ja trzymam te wszystkie formy, foremki i inne rzeczy? Padły nawet stwierdzenia, że muszę mieć dużą kuchnię, żeby to pomieścić... Otóż ta kuchnia ma 2 x 2,2 m, przy czym szafki stoją jak widać tylko przy dwóch prostopadłych ścianach, bo więcej tych ścian nie posiadam... gigant jak się patrzy, prawda? Coś mi się zdaje, ze wiele z Was ma ciut więcej miejsca :))

A formy i foremki? Cóż nie da się ukryć że moja kolekcja zajmuje aż 6 szuflad :) Przerobiłam specjalnie w tym celu jedną z szafek ikeowskich, tą na wino, gdyż do leżakowania toto się oczywiście nie nadaje, a tempo wymiany butelek "podręcznych" mamy duże i aż tyle półek mi potrzebnych nie było, więc zrobiliśmy 3 szufladki. Trzymam tu małe foremki metalowe, do wycinania i tym podobne (zapraszam do postu o takich foremkach :). I choć wydaje się, że to mała powierzchnia to spokojnie wchodzi mi ich tam...eee... obecnie ok. 240-250, a przed ostatnimi porządkami było ich jeszcze więcej (tak, tak, to maniactwo! :). A na drewniane foremki, blaszki i inne formy, których część pokazywałam w innym z wcześniejszych postów (tutaj) - mam 3 szuflady cokołowe. Mieszczę się w sam raz, choć wiele więcej już tam pewnie nie włożę. Oczywiście gdybym miała większą kuchnię, wprowadziłabym inne rozwiązanie, ale w obecnej to się sprawdza i jest wygodne.

I tak  właśnie prezentuje się moja kuchnia... a raczej prezentowała się jeszcze do niedawna, hihi. Bo wbrew temu co napisałam na początku, ostatnio wydarzyła się tam mała rewolucja... ale o tym będzie już w następnych postach :)
Pozdrawiam,
ushii

PS
Wiem, że obiecałam szybszy powrót, ale rozłożyło mnie paskudne choróbsko :/ Ale już do Was wróciłam :)

Post - nie tylko kulinarny!

Okrutnie zaniedbałam znów bloga i Was! Ale już to naprawiam - na rozgrzewkę mały pościk z kilkoma pysznymi fotkami. ale na tym nie koniec, bo będzie coś wnętrzarskiego też :) A jakoś w weekend wrócę z czym większym!

Pisałam już nie raz, nawet i ostatnio, że czerwiec kocham za szparagi i truskawki - jak dla mnie ten miesiąc mógłby się nie kończyć, mogłabym je jeść cały rok na okrągło... a do tego jeszcze jest i rabarbar, mmm... więc znów będą fotki tej cudownej trójki, a jak :) Najpierw klasyk, który nie wiem dlaczego tu jeszcze się nie pojawił, skoro robię go każdego roku...

Risotto z kurczakiem i zielonymi szparagami
Risotto z kurczakiem i zielonymi szparagami
  • 1 szkl. ryżu arborio
  • 1/2 szkl białego wina
  • ok. 0,75 - 1 litra bulionu (lub wywaru z gotowania szparagów)
  • 1 duża cebula
  • pojedyncza pierś z kurczaka
  • pęczek zielonych szparagów
  • odrobina musztardy i miodu
  • suszony estragon i tymianek lub inne ulubione zioła do doprawienia kurczaka
  • masło ok. 2 łyżek 
  • garść drobno startego sera grana padano
1. Wymieszać odrobinę musztardy z miodem (pół na pół) , posmarować tym rozbitą delikatnie pierś z kurczaka, posolić i doprawić ją ziołami i usmażyć na rozgrzanej patelni na złoto. Odłożyć pod przykryciem. Szparagi opłukać, odłamać końcówki i pokroić na ok. 4-centymetrowe kawałki. Ugotować al dente w osolonej i lekko ocukrzonej wodzie.
2. Cebulę drobno posiekać i delikatnie zezłocić na łyżce masła, dosypać ryż i obsmażać go aż stanie się szklisty (ok. 2 minut). Wlać wino i co chwilę mieszając poczekać, aż wchłonie je ryż; potem stopniowo, po kilka łyżek, wlewać bulion (lub wywar ze szparagów - ale ja raczej wolę bulion; jeśli użyjemy wywaru, pod koniec trzeba sprawdzić smak i doprawić pieprzem i ewentualnie solą, ale ostrożnie, bo dodajemy też słony ser) i tak samo czekać, aż zostanie on całkiem wchłonięty przed dodaniem kolejnej porcji - trwa to ok. 15 minut. Gdy ryż przestanie wchłaniać płyn dodać pokrojonego w kawałeczki kurczaka i szparagi, zdjąć z ognia i dodać łyżkę masła, większość sera i odstawić na chwilkę pod przykryciem.
3. Nałożyć na talerze (konsystencja powinna być nieco lejąca), posypać resztą sera i podawać.
I mój kolejny ulubiony klasyk, nie wiem czy powinnam w ogóle dopisywać przepis, bo wszyscy dobrze to znają, no ale skoro zawsze to robię... Też tak macie, ze ile razy robicie pierogi zawsze wychodzi ich o wiele więcej niż planowaliście? Z tej ilości sera wychodzą mi dwa obiady :)

Pierogi z białym serem i truskawkami
Pierogi z białym serem i truskawkami
  • mąka
  • woda
  • 2 żółtka jaja
  • ser biały, ok. 200g
  • 2 łyżki cukru plus odrobina cukru waniliowego
  • kilka garści umytych truskawek
  • ewentualnie śmietana
1. Część wody podgrzać i gorącą zalać mąkę, mieszać intensywnie widelcem aż do połączenia, dodać 1 żółtko i zagniatać dodając więcej wody aż do uzyskania zwartego i elastycznego ciasta. Wałkować dość cienko (ok. 3 mm), wykrawać kółka i przechować je ułożone obok siebie pod ściereczką aby nie obeschły.
2. Ser wymieszać z cukrami i żółtkiem i nakładać taki farsz na kółka z ciasta (ok. łyżeczki), smarować brzegi wodą (lub odrobiną żółtka rozkłóconego z wodą), przykrywać drugim kółeczkiem i zlepiać brzegi. Gotować krótko w lekko osolonej wodzie (z dodatkiem łyżki lub dwóch oleju, dzięki temu pierogi nie będą się sklejać) - wyławiać chwilę po wypłynięciu. Serwować z truskawkami i ewentualnie odrobiną cukru i śmietaną.
Były obiady, to jeszcze deser. Truskawkowo-rabarbarowy oczywiście. I błyskawiczny, jak w zasadzie każda potrawa u mnie... Ciasto to mój żelazny przepis na wszelkie sernikowe spody, słodkie traty i babeczki, podawałam go nie raz, owoce robię identycznie jak ostatnio opisywałam, ale zbierzmy to razem:
Tarta rabarbarowo-truskawkowa
Tarta rabarbarowo-truskawkowa
  • ok. 1 szkl. mąki pszennej
  • 1/3 szkl. cukru pudru
  • 1 żółtko
  • 1/2 kostki masła (ok. 100g)
  • kilka (3-4) łodyg rabarbaru
  • 2 garści truskawek
  • 2-3 łyżki cukru
  • dodatkowo - kruszonka z mąki, masła, cukru i płatków migdałowych
1. Szybko zagnieść ciasto ze wszystkich składników na końcu dodając żółtko, wykleić nim foremke do tarty (o średnicy ok. 24cm), ponakłuwać widelcem i wstawić do lodówki na chwilę.
2. Truskawki umyć i odszypułkować, rabarbar umyć i pokroić na ok. 1 cm kawałki. Wrzucić wszystko na rozgrzaną patelnię, posypać cukrem i mieszając smażyć ok. 2-3 minut, aż rabarbar zmięknie. Przełożyć na sitko i odsączyć (płyn można potem też wykorzystać oczywiście!). Podpiec spód z ciasta w 180C ok. 14 minut. Nałożyć truskawki z rabarbarem, całość posypać kruszonką (niekoniecznie, ale my uwielbiamy kruszonkę :D ) i piec jeszcze ok. 18 minut. Serwować delikatnie oprószone cukrem pudrem.
Co niezwykłe, udało mi się wyjątkowo zdążyć zrobić zdjęcie kawałka ciasta, więc koniecznie muszę je zamieścić :)

Tarta rabarbarowo-truskawkowa

Wiem, że zanudzam już tymi przepisami, ale musiałam :) W końcu jeszcze tylko moment i wszystkie te pyszności znikną i znów trzeba będzie na nie czekać :( Ale mam też coś niekulinarnego na odmianę!

Nie posiadając własnego ogródka, i w środku miasta, nie jest łatwo co chwila robić nowy wianek na drzwi ze świeżych kwiatów. A suszki zupełnie mi do letnich wianków nie pasują... ale coś powiesić na drzwiach miałam ochotę. I pomysł przyszedł mi do głowy oczywiście w chwili, gdy byłam mocno zajęta zupełnie czymś innym i na to czasu nie miałam. M. zawsze w takim momencie się ze mnie śmieje i prosi, żebym choć raz skończyła to co zaczęłam, zanim wezmę się za kolejny projekt... ale cóż poradzić, ja już tak mam :)

Otóż zachciało mi się drucianej ozdoby, napisu konkretnie. To zrobiłam :) Myślałam co prawda o innym kolorze, ale że jak to ja, musiałam już, natychmiast - bo jak coś odkładam na później to rzadko mam czas do tego wrócić, bo piętrzą się kolejne pomysły - zrobiłam z tego co miałam pod ręką... i jest szary. Też fajny :) I banalny w wykonaniu... Oto jak teraz prezentują się moje drzwi :)


Dekoracyjny napis z drutu
Potrzebujemy:
  • drutu - ja użyłam ok. 2 mm w izolacji, dzięki temu jest nieco grubszy, ale łatwo go wyginać
  • wzoru napisu - ja skorzystałam z tego 
  • dodatkowo np kordonka lub linki z tworzyw sztucznych - jeśli nie mamy drutu w docelowym kolorze
  • ewentualnie, w zależności od wzoru - kawałeczka power tape do złączenia końcówek drutu

1. Wydrukować wybrany wzór w pasującej nam wielkości (ja sobie po prostu powiększyła odpowiednio na ekranie, ale wydruk jest z pewnością bezpieczniejszy dla monitora :)
2. Wyginać drut wzdłuż wzoru. Kiedy powstanie całość prace można uznać za zakończoną jeśli pasuje nam kolor, jeśli nie - owinąć drut kordonkiem lub inną linką w pasującym kolorze. Nie ukrywam, chwilę to trwa, mi zajęło to dwa wieczory (no nie całe oczywiście, ot, siadałam do tego co jakiś czas). Można też pomalować np farba w sprayu, ale u mnie musiałam ukryć łączenie dwóch końców drutu, które zlepiłam malutkim kawałeczkiem taśmy.
Gotowy napis:


I to by dziś byli na tyli :) Ale jak zapowiadałam na początku posta, na dniach wracam z zupełnie innymi fotkami, będą wnętrza :) A do tego jeszcze mała dokładka w moim kąciku wyprzedażowym też będzie, więc zaglądajcie!

Udanego długiego weekendu Wam życzę!
ushii

Różowo-rabarbarowo czyli mamowe święto w moim wydaniu :)

Powiem szczerze, fajnie jest świętować Dzień Matki :) Bo lubię szykować miłe upominki i coś słodkiego specjalnie dla swojej Mamy... Choć, mówiąc otwarcie, raczej się wybitną oryginalnością tu nie wykazuję, bo bardzo często jest to książka (bo co innego bardziej ucieszy mole książkowe, którymi i Mama, i ja jesteśmy?) i jakiś bezowy specjał, druga miłość mojej Mamy - ale po co kombinować, jeśli właśnie to sprawia Jej najwięcej przyjemności? Regularnie zatem przygotowuję takie właśnie słodkości (i podaję na nie przepisy - patrz niżej) i tym razem też tak było :) Pomysł kiedyś wpadł mi w oko u Marthy Stewart, ale proporcje wykorzystuję własne, prawie zawsze takie same w różnych bezowych wypiekach.

Bezowe babeczki z rabarbarem i truskawkami
Bezowe babeczki z rabarbarem i truskawkami
  • 3 białka
  • 150 gr cukru
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • ok. łyżeczki soku z cytryny
nadzienie:
  • 400 gr rabarbaru
  • duża garść truskawek
  • 2 łyżki cukru
  • odrobina wody (ok. 3-4 łyżek)
  • śmietana 30% - ilość wg upodobań
  • cukier puder  (ok. łyżki, zależnie od ilości śmietany), ewentualnie nieco cukru waniliowego 
1. Ubić białka na sztywno, pod koniec stopniowo dodawać cukier i ubijać, aż piana będzie sztywna i lśniąca, wmieszać mąkę i sok z cytryny. Blaszkę do muffinek wyłożyć papilotkami. Najwygodniej jest przełożyć pianę do foliowego woreczka, uciąć jeden róg i wypełniać papilotki - nieco powyżej brzegu, kończąc ozdobnym zawijasem. Piec z termoobiegiem w 120C ok. 2 godzin (jeśli pieczemy jak ja w blaszce z 24 dołkami, jeśli w "dwunastce" to dłużej, ok. 3 godzin), w połowie pieczenia obracając blaszkę. Pozwolić wystygnąć babeczkom przy uchylonych drzwiczkach piekarnika.
2. Rabarbar umyć i pokroić na 1cm kawałki, truskawki odszypułkować, te większe pokroić na kawałki. Wrzucić wszystko na rozgrzaną patelnię, dodać 2 łyżki cukru i wodę i smażyć chwilę (ok. 3-4 minut), aż rabarbar zmięknie. Odsączyć (sokiem można potem polewać ten i inne desery!).
3. Ubić śmietanę z cukrem pudrem i waniliowym. Bardzo ostrym nożem ostrożnie odcinać wierzchołki bezowych babeczek i wypełniać je masą rabarbarowo-truskawkową i bitą śmietaną, przykrywać odciętymi wierzchami bezy.

W zasadzie to kolejna wariacja na temat bezy z owocami i bitą śmietaną - ale bardzo wdzięczna :)
Bezy i masę można przygotować z wyprzedzeniem, ale przekładać najlepiej w ostatniej chwili, żeby bezy nie zmiękły - albo można je spróbować przechowywać gotowe w zamrażarce (ja tego nie zdążyłam przetestować, ale robię tak z roladą bezową i jest ok). Oczywiście super będą też smakowały z innym nadzieniem, np cytrynowym, jak w przepisie poniżej, albo z lodami owocowymi...
Oczywiście można poprzestać na samym upieczeniu bezowych babeczek i jeść je same. Albo podać je na talerzyku z kulką lodów obok, albo owocami...

Bezowe babeczki

Nie byłabym rzecz jasna sobą, jakbym poprzestała na tylko jednej słodkości, był więc też i wariant okazalszy - torcik bezowy :)

Bezowy torcik z truskawkami
  • 4 białka
  • 200 gr cukru
  • 1 łyżeczka maki ziemniaczanej (lub skrobii)
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • kubeczek śmietany 30%
  • cukier puder
  • ok. 300 gr truskawek
1. Białka ubić na sztywno, stopniowo dosypywać cukier cały czas ubijając, aż masa będzie błyszcząca, na koniec dodać mąkę i sok z cytryny, ewentualnie można tez dodać łyżkę ekstraktu waniliowego. Dwie blaszki wyłożyć papierem do pieczenia (dla ułatwienia rysuję sobie na nim od spodu po dwa okręgi, ok. 18cm średnicy) i rozłożyć na nich pianę formując 4 okrągłe blaty bezowe o grubości ok. 1,5cm. Piec z termoobiegiem w ok. 120C ok. 2 godzin; po upieczeniu pozwolić im wystygnąć w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.
2. Ubić śmietanę z odrobiną cukru pudru, truskawki pokroić na plasterki (lub rozgnieść na gładką masę) i przekładąć każdy blat warstwą owoców i bitej śmietany. Najlepiej robić to tuż przed podaniem, albo gotowy torcik schłodzić w zamrażarce i wyjąć dość krótko przed podaniem (tylko wtedy bez całych owoców, bo zamarzną na kość :).
A wspomniane wyżej inne bezowe pomysły znajdziecie tutaj:

Ale, ale - wracając do Dnia Matki, to od dwóch lat obchodzę przecież to święto podwójnie, również jako mama... więc jest podwójnie fajne, bo co tu się czarować, lubię też gdy to mnie ktoś chce sprawić jakąś przyjemność :) A moja córeczka, cóż - co prawda jeszcze z istnienia takiego święta sprawy sobie nie zdaje, ale... coś od niej dostałam! :) Mnóstwo wspaniałych buziaków i uśmiechów rzecz jasna. I kilka nowych słów i umiejętności - lepszego prezentu chyba wymarzyć sobie nie można! A jednak na dokładkę dorzuciła coś materialnego :D Byłyśmy w sklepie i oglądałyśmy różne drobiazgi, aż w pewnej chwili A. sięgnęła po przedmiot, który właśnie zwrócił moją uwagę, pokiwała do mnie główką i zaniosła do kasy :) I tak oto dostałam taką cudną poduszkę :)


Jest taka urocza, że na jej widok od razu się uśmiecham, zwłaszcza jak pomyślę jak do nas trafiła... Poducha wędruje z nami po całym domu, bo obu nam się ogromnie spodobały te zawijaski :)

Hm, podobne zawijasy można odszukać i na kolejnym zdjęciu. W ramach świątecznego dogadzania, tym razem sobie samej, upiekłam jeszcze słodkie gwiazdeczki... też z rabarbarem. I do tego truskawkowo-rabarbarowy kompot... ha, zdecydowanie rabarbar rządzi dzisiejszym postem!

Rabarbarowe gwiazdki

Rabarbarowe gwiazdki
  • ciasto - z przepisu na jesienne jabłuszka, uwielbiam je :)
  • nadzienie - identyczne jak z przepisu powyżej na babeczki
  • roztrzepane z odrobiną wody jajko
  • ewentualnie cukier puder do oprószenia
1. ciasto rozwałkować na grubość ok. 2-3mm i wykrawać kształty w dwóch wersjach: pełne i z dziurką, na te pierwsze nakładać ok. łyżeczkę rabarbarowo-truskawkowego farszu, brzegi ciastek smarować rozmąconym z wodą jajkiem, przykrywać drugim wyciętym kawałkiem ciasta i  sklejać. Ja posłużyłam się moimi ukochanymi specjalnymi foremkami (które zresztą udało mi się zdobyć i sprezentować sobie samej z okazji zeszłorocznego Dnia Matki :), ale można spokojnie poradzić sobie bez nich :)


2. Piec w 180C ok. 15-20 minut. Ostudzić na kratce i ewentualnie oprószyć cukrem (ale bardzo delikatnie, bo samo ciasto go co prawda prawie wcale nie zawiera, ale nadzienie jest słodkie!).
Można też prościej, sam podduszony rabarbar ułożyć na wyciętych z ciasta krążkach i tak zapiec. I też będzie pysznie :)


Zasłodziłam dziś Was kompletnie - ale warto oddać się rabarbarowemu i truskawkowemu szaleństwu, trzeba korzystać skoro nareszcie są :)

Rabarbarowe gwiazdki

Zmykam zatem, a wszystkim dzieciom - i tym małym i tym całkiem dużym - życzę samych cudownych chwil w najbliższą niedzielę :))
ushii

PS
I nadal zapraszam do mojego kącika wyprzedażowego, może coś jeszcze komuś wpadnie w oko? W dodatku jest kilka przecen :)