Summer in the City, czyli chłodzimy się po hamerykańsku :)

Uff, puff i och, jednym słowem piękne lato! I choć w takie największe upały czuję się chwilami trochę nietęgo, to wcale nie zamierzam narzekać :) Bo... mam... to!!!!!


Mój wymarzony! Na taki słój z kranikiem miałam ochotę od dawna, nie raz i nie dwa żałowałam, że nie przywiozłam go sobie onegdaj ze Stanów - a ściągać stamtąd przecież nie będę, na głowę jeszcze nie upadłam płacić za przesyłkę jak za zboże; a te, które spotkać można u nas to już nie to, brak im czegoś... więc, jak to u mnie bywa, ten idealny musiał sam w końcu wpaść mi w ręce w najmniej oczekiwanym momencie :) I jeszcze do tego w cenie jak na amerykańskiej promocji albo i mniejszej, więc oczy miałam jak spodki jak go zobaczyłam stojącego w kącie, na najniższej półce... i z miejsca pofrunęłam do kasy :) A najlepsze jest to, że tego samego dnia oglądałam coś podobnego (tyle że nie takiego "hamerykanskiego" w stylu i ładnego :), ale w ciut przydużej cenie jak za - nie ukrywajmy - jednak słoik po prostu i żal mi trochę było, bo chciałam przecież takie cuś... A kilka godzin później weszłam do tkmaxxa - jak zwykle przy takich moich strzałach zupełnym przypadkiem. I w tej samej chwili gdy sobie pomyślałam, że szkoda, że tu to nigdy takiego czegoś nie mieli - zobaczyłam ten mój! I teraz chłodzimy się stylowo, a lemoniada z takiego słoja smakuje lepiej i już :D

Ekhm, spostrzegawcze oko dojrzy na tej fotce jeszcze jeden słoik, taki hamerykański klasyk, mason jar Ball... to dawniejsza zdobycz, też tkmaxxowa, a jak. Stało sobie to w kącie takie bidne, ze świeczuszką w środku i dowiązaną tandetną ozdóbką świąteczną... Najwyraźniej czekało na mnie, no znowu ta sama historia :) Ja to mam naprawdę szczęście do tego sklepu, jakby ktoś specjalnie dla mnie chował tam po różnych zakamarkach najciekawsze rzeczy! Ale o tym słoiku będzie kiedy indziej, bo korci mnie zafarbowanie go na turkusowo :)


A żeby było jeszcze piękniej - dokonałam też małego zakupu w Myszkowcu, najnowszym przedsięwzięciu naszej Mimi. I jestem zachwycona! Co tu dużo mówić, obsługa - jak zawsze u niej fantastyczna. A mój nabytek - cóż, ona ma oko do różnych cudeniek :) Tablica w - jakżeby inaczej - letnim klimacie, w sam raz na taką pogodę, prawda? Co prawda z zasady wolę raczej takie autentycznie stare szyldy, ale ten urzekł mnie wyjątkowo, cudny!


I do tego wisienka na torcie. Tym razem to już prawdziwe vintage :) Emaliowany kafejnik, w prześlicznym błękitnym, a raczej miętowo-błękitnym kolorze i nietypowym malutkim rozmiarze, w sam raz na bukiet polnego kwiecia :) Zdobycz z targu staroci rzecz jasna...


À propos targu staroci i innych wspominanych wyżej miejsc... Postanowiłam, że będę w miarę możliwości pisała o rzeczach, które pokazuję, skąd, co i jak, by nie odpowiadać wielokrotnie na te same pytania :) Nie zawsze niestety się da, bo nagminnie kupuję w tak dziwnych miejscach lub skomplikowanymi kanałami, albo po prostu starocie, z reguły dość unikatowe. No ale :) Zaczynam od dziś, myślę też nad dopisaniem takich informacji w niektórych z wcześniejszych postów... dla czytelności szczegóły będą zawsze na końcu posta. Czyli tym razem już za moment, bo to już wszystko dziś... Prawie :) Bo miał tu być jeszcze jeden słoiczek, który też mógłby zainteresować miłośników takich słojów jak powyżej... Ale z domu nas wywiało i fotki nie mam. Będzie innym razem w takim razie, a Was zostawiam z letnimi chwastami w romantycznym wydaniu - też w słoiczkach (tematycznie, a co!), które już u mnie widzieliście, i które niezmiennie uwielbiam. 


Pozdrawiam, udanego weekendu Wam życzę!
ushii
*******
słój z dyspenserem na lemoniadę - tkmaxx
mały słoik (mason jar) Ball - tkmaxx
tablica metalowa "To the Beach" - myszkowiec.com.pl
błękitny emaliowany dzbanek/ kafejnik - targ staroci
słoiczki w metalowym kontenerku - scandiloft.pl

Yellow summer, czyli porównaj dwa obrazki :)

Pokazałam Wam już nowe odsłony kącika dziennego (no ok, połowy kącika :), kuchni, to może dziś zajrzymy do... Wróć. Napisałam ostatnio, że kuchnia tak naprawdę wygląda już trochę inaczej? A i w okolicach tv też się coś niecoś zmieniło, zaraz jak tylko Wam ten kawałek pokazałam... I wychodzi na to, że znów nie jestem z fotkami na bieżąco! No to dziś będzie mała aktualizacja, obejrzyjcie tych kilka drobiazgów - a następnym razem wybierzemy się w zupełnie inne miejsce :)

Od jakiegoś już czasu na przeciwko kanapy, koło bujaka, mamy kosz. W święta stoi w nim choinka, a na co dzień wypełniony jest poduchami, kocami i innymi takimi. I super, ale ostatniej wiosny stwierdziłam, że taki wiklinowy i ciemny jest ok, ale w zimie, na jesieni... a na wiosnę właśnie i na lato chcę coś innego. Rozwiązanie swojej zachciewajki znalazłam w H&M Home. Jasny, pleciony - fajny. Ale ja przecież nie umiem nic od tak kupić i postawić, więc domalowałam mu jeszcze gwiazdkę, o!


A dla porównania przedtem było tak:


Zrobiło się trochę bardziej letnio? :) A oko wiernego czytelnika odszuka jeszcze jedną zmianę na pierwszym obrazku :) Zachciało mi się domków - więc sobie wycięłam, pomalowałam i mam :D Kurcze znowu coś żółtego! A kiedyś tak się zaklinałam, prawda? A coraz bardziej lubimy się z tym kolorem... w związku z czym kupiłam kolejnego żółciaka, he he! Lampion na moją tacę w wersji letniej:


Tacy pokazać z całości nie mogę, bo wciąż jeszcze kombinuję i przestawiam, i całkiem zadowolona nie jestem...A ponieważ kombinuję też w wielu innych zakątkach naszego poddasza nic innego też już dziś nie pokażę :P Ale niebawem, niebawem... będzie coś więcej :) Dziś tylko jeszcze jedna, nie, dwie sprawy: po pierwsze zapraszam Was jeszcze raz do mojego wyprzedażowego zakątka - dorzuciłam trochę domowych i scrapowych skarbów :) A po drugie...

... kto ma ochotę jednak już dziś, koniecznie, zobaczyć coś niecoś - może zajrzeć do najnowszego numeru magazynu Green Canoe - cóż, miałam wielkie chęci i zamiary popłynąć z Asią już pierwszym rejsem, ale ciążowe kłopoty ni nie pozwoliły... tym razem wreszcie udało mi się zaokrętować, więc zapraszam do wspólnej żeglugi!

http://issuu.com/greencanoe/docs/gcs-2014_lato

Ahoj!

Wracam do kuchni :)

Nie, nie kulinarny post dziś będzie, nie bójcie się :)

różowy termos vintage w kwiaty wiśni
Mój gwiazdkowy prezent, którego od dwóch lat nie udało mi się pokazać... a to jeden z najlepszych
prezentów, jakie znalazłam pod choinką:)
Tyle już razy o moich pastelkach, emaliach i innych kuchennych drobiazgach była mowa w poprzednich postach... i nie raz już myślałam, że czas znów wrzucić kilka nowych fotek mojej kuchni, bo dawno już ją pokazywałam i opisywałam jej przemianę (o tutaj). I cóż... Wersja robocza tego posta powstała ponad 2 lata temu, ale coś tam jeszcze chciałam przed zrobieniem fotek zmienić, poprawić i odłożyłam go na później. I tak ciągle jakieś "jeszcze coś" poprawiałam, przy okazji wymyślałam nowe, kolejne "coś", a post czekał i czekał... Bez sensu :) Bo prawie wszystko co napisałam już się kilka razy zdezaktualizowało! No to dziś to moje kuchenne królestwo w końcu pokażę, bo... a nie, nie, o tym będzie na końcu :P Zatem zapraszam!


Mebli oczywiście żadnych (no, prawie :D ) nie wymieniałam od tamtej pory i większych rewolucji nie było. Ale zniknęła część drobiazgów, pojawiły się inne... Dość dawno poznikały czerwone akcenty, zrobiło się bardziej kolorowo - jak łatwo się domyślić po wcześniejszych postach. Ceramiczne foremki, emaliowane rondelki i inne dodatki, pełnią nie tylko funkcję praktyczną, ale i tworzą radosne barwne akcenty na tle białych szafek...


Jak może zauważyliście pojawiła się również moja wymarzona waga! Kto zagląda do mnie od dawna ten wie, że były różne podejścia: najpierw w stylu retro, Typhoona (swoja drogą dobra, polecam) - ładna, ale to nie było to. Potem próbowałam z kolejnymi, prawdziwymi staruszkami, pamiętacie? Ale w głowie tak naprawdę ciągle miałam inną... Taką jak za PRL-u w sklepach :) Niestety - zwykle te wagi mają niestety dość duże rozmiary i w mojej maleńkiej kuchence wyglądałyby monstrualnie. Choć był już moment, że jedna taka tak mnie oczarowała, że M. już nawet kombinował jej transport (bo to i ciężar ma niezły, prawie 30 kg!), ale była tak duża, że popukałam się w czoło i musiałam sobie odpuścić... zła i rozczarowana przeglądałam tego samego dnia wieczorem allegro - i tu nastąpił mały cud :) Bo ja zwykle tam w ogóle nie zaglądam. A właśnie wtedy ktoś wystawił mój ideał - tej firmy o której marzyłam, w takim kształcie jak potrzeba, wielkość też dokładnie taka jak trzeba... i jeszcze cena aż podejrzanie niska! Ale zaryzykowałam :) I mam, mam! Czeka jeszcze na odświeżenie, ale co tam :))

Drobnych zmian było przez ten czas rzecz jasna więcej... Na przykład kiedyś pomalowaliśmy krzesła barowe - były ulubieńcami chyba każdego kto nas odwiedza, a i my często z nich korzystaliśmy. Ale ich kolor drażnił mnie od dawna i przez to raczej o nich ciepło nie myślałam... a po malowaniu wtopiły się w tło. Piszę o nich w czasie przeszłym, bo obecnie są schowane, a stoi tam krzesełko dziecinne... ale pewnie za jakiś czas powrócą :) Pokażę je Wam zatem w tej jaśniejszej odsłonie:


Na fotce wyżej nad półwyspem widać też tablicę... to ta sama, którą pokazywałam dawniej, tylko przemalowana... tyle, ze dziś, tak jak krzeseł, już jej tu nie ma :) Dekor usunęłam i powiesiłam ją w zupełnie innym miejscu :)A na jej miejscu zawisła półeczka, która kiedyś wisiała w przedpokoju... bardzo jestem z tej zmiany zadowolona. I ogólnie nasza Kuchlandia wygląda dziś tak:

Spostrzegawcze oko wyłowi też na fotkach zmianę troszkę większą (jakby co, tu dawniejsze fotki kuchni do porównania :) Jak widać nieco zmieniła się jedna z górnych szafek. Miała tam zawisnąć pewna stara górka od kredensu - ale tyle czasu nabierała mocy urzędowej, że jak przyszło co do czego, to się rozsypała :D... Przerobiliśmy zatem co nieco to, co już było i mam swoją wymarzoną szafkę ze wspornikami na dole, o :)


Za to jedno, czego przez tyle lat moja kuchnia się nie doczekała - to czajnik. No nie wiem jak to możliwe, ale zaraz po przeprowadzce, 10 lat temu - kupiliśmy czajnik, tzw parapetówkową prowizorkę. Widząc moją minę przy kasie M. wygłosił słynne już zdanie, że "to tylko na dwa tygodnie (sic!), potem poszukamy czegoś fajniejszego". Taaa... Widać tego fajniejszego jeszcze nie wyprodukowali, a ta paskuda, ten dziad za 19zł działał bez szwanku tyle lat! I przeżył wszystkie inne czajniki w rodzinie... Ale tego dziada Wam nie pokażę, o nie, wystarczy, że ja na niego musiałam codziennie patrzeć :D Szczęśliwie niedawno nareszcie dożył swoich dni (stąd to widoczne na słupie gniazdko, zwykle jest zasłonięte przez czajnik właśnie... pozostałe gniazdka są ukryte pod spodem półek i szafek wiszących - bardzo polecam to rozwiązanie)! A ja szukam tego właściwego :)

Pokażę za to jeszcze moje skrzyneczki, które pojawiły się co prawda na samym początku istnienia tego bloga (o tu, proszę moje początki:), ale tylko w fazie w zasadzie produkcyjnej. Sprawdziły się, służą wiernie, a moja cebula i ziemniaki czują się w nich iście królewsko :)


Oczywiście na co dzień skrzynki, tak samo jak i inne ozdobne pojemniki, które też już kiedyś pokazywałam rezydują w szafkach, a nie na blatach... ale zawartość moich szuflad to temat na oddzielny post, bo tu i tak już metrowiec powstaje :) Odpowiem jednak przy okazji na powtarzające się pytanie - gdzie ja trzymam te wszystkie formy, foremki i inne rzeczy? Padły nawet stwierdzenia, że muszę mieć dużą kuchnię, żeby to pomieścić... Otóż ta kuchnia ma 2 x 2,2 m, przy czym szafki stoją jak widać tylko przy dwóch prostopadłych ścianach, bo więcej tych ścian nie posiadam... gigant jak się patrzy, prawda? Coś mi się zdaje, ze wiele z Was ma ciut więcej miejsca :))

A formy i foremki? Cóż nie da się ukryć że moja kolekcja zajmuje aż 6 szuflad :) Przerobiłam specjalnie w tym celu jedną z szafek ikeowskich, tą na wino, gdyż do leżakowania toto się oczywiście nie nadaje, a tempo wymiany butelek "podręcznych" mamy duże i aż tyle półek mi potrzebnych nie było, więc zrobiliśmy 3 szufladki. Trzymam tu małe foremki metalowe, do wycinania i tym podobne (zapraszam do postu o takich foremkach :). I choć wydaje się, że to mała powierzchnia to spokojnie wchodzi mi ich tam...eee... obecnie ok. 240-250, a przed ostatnimi porządkami było ich jeszcze więcej (tak, tak, to maniactwo! :). A na drewniane foremki, blaszki i inne formy, których część pokazywałam w innym z wcześniejszych postów (tutaj) - mam 3 szuflady cokołowe. Mieszczę się w sam raz, choć wiele więcej już tam pewnie nie włożę. Oczywiście gdybym miała większą kuchnię, wprowadziłabym inne rozwiązanie, ale w obecnej to się sprawdza i jest wygodne.

I tak  właśnie prezentuje się moja kuchnia... a raczej prezentowała się jeszcze do niedawna, hihi. Bo wbrew temu co napisałam na początku, ostatnio wydarzyła się tam mała rewolucja... ale o tym będzie już w następnych postach :)
Pozdrawiam,
ushii

PS
Wiem, że obiecałam szybszy powrót, ale rozłożyło mnie paskudne choróbsko :/ Ale już do Was wróciłam :)

Post - nie tylko kulinarny!

Okrutnie zaniedbałam znów bloga i Was! Ale już to naprawiam - na rozgrzewkę mały pościk z kilkoma pysznymi fotkami. ale na tym nie koniec, bo będzie coś wnętrzarskiego też :) A jakoś w weekend wrócę z czym większym!

Pisałam już nie raz, nawet i ostatnio, że czerwiec kocham za szparagi i truskawki - jak dla mnie ten miesiąc mógłby się nie kończyć, mogłabym je jeść cały rok na okrągło... a do tego jeszcze jest i rabarbar, mmm... więc znów będą fotki tej cudownej trójki, a jak :) Najpierw klasyk, który nie wiem dlaczego tu jeszcze się nie pojawił, skoro robię go każdego roku...

Risotto z kurczakiem i zielonymi szparagami
Risotto z kurczakiem i zielonymi szparagami
  • 1 szkl. ryżu arborio
  • 1/2 szkl białego wina
  • ok. 0,75 - 1 litra bulionu (lub wywaru z gotowania szparagów)
  • 1 duża cebula
  • pojedyncza pierś z kurczaka
  • pęczek zielonych szparagów
  • odrobina musztardy i miodu
  • suszony estragon i tymianek lub inne ulubione zioła do doprawienia kurczaka
  • masło ok. 2 łyżek 
  • garść drobno startego sera grana padano
1. Wymieszać odrobinę musztardy z miodem (pół na pół) , posmarować tym rozbitą delikatnie pierś z kurczaka, posolić i doprawić ją ziołami i usmażyć na rozgrzanej patelni na złoto. Odłożyć pod przykryciem. Szparagi opłukać, odłamać końcówki i pokroić na ok. 4-centymetrowe kawałki. Ugotować al dente w osolonej i lekko ocukrzonej wodzie.
2. Cebulę drobno posiekać i delikatnie zezłocić na łyżce masła, dosypać ryż i obsmażać go aż stanie się szklisty (ok. 2 minut). Wlać wino i co chwilę mieszając poczekać, aż wchłonie je ryż; potem stopniowo, po kilka łyżek, wlewać bulion (lub wywar ze szparagów - ale ja raczej wolę bulion; jeśli użyjemy wywaru, pod koniec trzeba sprawdzić smak i doprawić pieprzem i ewentualnie solą, ale ostrożnie, bo dodajemy też słony ser) i tak samo czekać, aż zostanie on całkiem wchłonięty przed dodaniem kolejnej porcji - trwa to ok. 15 minut. Gdy ryż przestanie wchłaniać płyn dodać pokrojonego w kawałeczki kurczaka i szparagi, zdjąć z ognia i dodać łyżkę masła, większość sera i odstawić na chwilkę pod przykryciem.
3. Nałożyć na talerze (konsystencja powinna być nieco lejąca), posypać resztą sera i podawać.
I mój kolejny ulubiony klasyk, nie wiem czy powinnam w ogóle dopisywać przepis, bo wszyscy dobrze to znają, no ale skoro zawsze to robię... Też tak macie, ze ile razy robicie pierogi zawsze wychodzi ich o wiele więcej niż planowaliście? Z tej ilości sera wychodzą mi dwa obiady :)

Pierogi z białym serem i truskawkami
Pierogi z białym serem i truskawkami
  • mąka
  • woda
  • 2 żółtka jaja
  • ser biały, ok. 200g
  • 2 łyżki cukru plus odrobina cukru waniliowego
  • kilka garści umytych truskawek
  • ewentualnie śmietana
1. Część wody podgrzać i gorącą zalać mąkę, mieszać intensywnie widelcem aż do połączenia, dodać 1 żółtko i zagniatać dodając więcej wody aż do uzyskania zwartego i elastycznego ciasta. Wałkować dość cienko (ok. 3 mm), wykrawać kółka i przechować je ułożone obok siebie pod ściereczką aby nie obeschły.
2. Ser wymieszać z cukrami i żółtkiem i nakładać taki farsz na kółka z ciasta (ok. łyżeczki), smarować brzegi wodą (lub odrobiną żółtka rozkłóconego z wodą), przykrywać drugim kółeczkiem i zlepiać brzegi. Gotować krótko w lekko osolonej wodzie (z dodatkiem łyżki lub dwóch oleju, dzięki temu pierogi nie będą się sklejać) - wyławiać chwilę po wypłynięciu. Serwować z truskawkami i ewentualnie odrobiną cukru i śmietaną.
Były obiady, to jeszcze deser. Truskawkowo-rabarbarowy oczywiście. I błyskawiczny, jak w zasadzie każda potrawa u mnie... Ciasto to mój żelazny przepis na wszelkie sernikowe spody, słodkie traty i babeczki, podawałam go nie raz, owoce robię identycznie jak ostatnio opisywałam, ale zbierzmy to razem:
Tarta rabarbarowo-truskawkowa
Tarta rabarbarowo-truskawkowa
  • ok. 1 szkl. mąki pszennej
  • 1/3 szkl. cukru pudru
  • 1 żółtko
  • 1/2 kostki masła (ok. 100g)
  • kilka (3-4) łodyg rabarbaru
  • 2 garści truskawek
  • 2-3 łyżki cukru
  • dodatkowo - kruszonka z mąki, masła, cukru i płatków migdałowych
1. Szybko zagnieść ciasto ze wszystkich składników na końcu dodając żółtko, wykleić nim foremke do tarty (o średnicy ok. 24cm), ponakłuwać widelcem i wstawić do lodówki na chwilę.
2. Truskawki umyć i odszypułkować, rabarbar umyć i pokroić na ok. 1 cm kawałki. Wrzucić wszystko na rozgrzaną patelnię, posypać cukrem i mieszając smażyć ok. 2-3 minut, aż rabarbar zmięknie. Przełożyć na sitko i odsączyć (płyn można potem też wykorzystać oczywiście!). Podpiec spód z ciasta w 180C ok. 14 minut. Nałożyć truskawki z rabarbarem, całość posypać kruszonką (niekoniecznie, ale my uwielbiamy kruszonkę :D ) i piec jeszcze ok. 18 minut. Serwować delikatnie oprószone cukrem pudrem.
Co niezwykłe, udało mi się wyjątkowo zdążyć zrobić zdjęcie kawałka ciasta, więc koniecznie muszę je zamieścić :)

Tarta rabarbarowo-truskawkowa

Wiem, że zanudzam już tymi przepisami, ale musiałam :) W końcu jeszcze tylko moment i wszystkie te pyszności znikną i znów trzeba będzie na nie czekać :( Ale mam też coś niekulinarnego na odmianę!

Nie posiadając własnego ogródka, i w środku miasta, nie jest łatwo co chwila robić nowy wianek na drzwi ze świeżych kwiatów. A suszki zupełnie mi do letnich wianków nie pasują... ale coś powiesić na drzwiach miałam ochotę. I pomysł przyszedł mi do głowy oczywiście w chwili, gdy byłam mocno zajęta zupełnie czymś innym i na to czasu nie miałam. M. zawsze w takim momencie się ze mnie śmieje i prosi, żebym choć raz skończyła to co zaczęłam, zanim wezmę się za kolejny projekt... ale cóż poradzić, ja już tak mam :)

Otóż zachciało mi się drucianej ozdoby, napisu konkretnie. To zrobiłam :) Myślałam co prawda o innym kolorze, ale że jak to ja, musiałam już, natychmiast - bo jak coś odkładam na później to rzadko mam czas do tego wrócić, bo piętrzą się kolejne pomysły - zrobiłam z tego co miałam pod ręką... i jest szary. Też fajny :) I banalny w wykonaniu... Oto jak teraz prezentują się moje drzwi :)


Dekoracyjny napis z drutu
Potrzebujemy:
  • drutu - ja użyłam ok. 2 mm w izolacji, dzięki temu jest nieco grubszy, ale łatwo go wyginać
  • wzoru napisu - ja skorzystałam z tego 
  • dodatkowo np kordonka lub linki z tworzyw sztucznych - jeśli nie mamy drutu w docelowym kolorze
  • ewentualnie, w zależności od wzoru - kawałeczka power tape do złączenia końcówek drutu

1. Wydrukować wybrany wzór w pasującej nam wielkości (ja sobie po prostu powiększyła odpowiednio na ekranie, ale wydruk jest z pewnością bezpieczniejszy dla monitora :)
2. Wyginać drut wzdłuż wzoru. Kiedy powstanie całość prace można uznać za zakończoną jeśli pasuje nam kolor, jeśli nie - owinąć drut kordonkiem lub inną linką w pasującym kolorze. Nie ukrywam, chwilę to trwa, mi zajęło to dwa wieczory (no nie całe oczywiście, ot, siadałam do tego co jakiś czas). Można też pomalować np farba w sprayu, ale u mnie musiałam ukryć łączenie dwóch końców drutu, które zlepiłam malutkim kawałeczkiem taśmy.
Gotowy napis:


I to by dziś byli na tyli :) Ale jak zapowiadałam na początku posta, na dniach wracam z zupełnie innymi fotkami, będą wnętrza :) A do tego jeszcze mała dokładka w moim kąciku wyprzedażowym też będzie, więc zaglądajcie!

Udanego długiego weekendu Wam życzę!
ushii