Klatka (nie) dla ptaków

Pamiętacie moje małe niby-klateczki? Powstały, bo takiej wymarzonej nie mogłam nigdzie trafić (albo raczej nie upadłam na głowę, by płacić za takową jakieś bajońskie sumy...). I marzyłam dalej o takiej "prawdziwej".


Ale jakiś czas temu, gdy w wolnej chwili zajrzałam na pchli targ - przypadkiem trafiłam na taką klatkę! Czekała chyba specjalnie na mnie, bo ponad miesiąc - dokładnie tyle, ile tam nie zaglądałam :) To się nazywa mieć szczęście :))


Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym kupiła, przyniosła i postawiła. Co to, to nie :) Dlatego pokazuję ją dopiero teraz - bo choć zmiany nie są ogromne, troszkę ich było... Wyjątkowo jakoś udało mi się uwiecznić etapy przemiany :)

Najpierw M. wymienił mi wszystkie pręciki - bo ja nie przepadam za metalowymi zakrętasami...


Potem dokleiłam ozdobne listewki, poszpachlowałam to i owo...


I na koniec malowanie na moją ulubioną złamaną biel i...  Voilà! Moja wymarzona drewniana, biała klatka vintage :) Być może dodam jej jeszcze nieco postarzeń, zobaczymy. Jej przeznaczenie oczywiście będzie niewiele wspólnego miało z ptakami...


Pozdrawiam i życzę udanego niedzielnego popołudnia,
ushii

 UPDATE
Wkrótce po zamieszczeniu tego posta klatka powędrowała do mojej Mamy, bo... upolowałam kolejną :) Po szczegóły - zapraszam tutaj.

Nadmiar szczęścia :)

Wczorajszy dzień był... bardzo zimny oczywiście. Ale jednocześnie pełen cudownego słońca i jeszcze cudowniejszych niespodzianek i przyjemności!

Zaczęło się spokojnie, od wizyty kuriera z pewną od dawna wymarzoną zabaweczką dla kuchennej gadżeciary, jaką - przyznaję - jestem :) Ale dziś jej nie pokażę, bo efekty jej działania - będą następnym razem :) Ale to co nastąpiło potem...! Najpierw niespodziewanie w skrzynce znalazłam dwie koperty. O jednej wiedziałam i czekałam, chociaż nie myślałam, że dotrze tak prędko, więc już się ucieszyłam. A druga? Oczy ze zdziwienia zrobiły mi się dwa razy większe, jak przeczytałam nadawcę :) Ale co też było w tych kopertach?

Pędem pobiegłam do mieszkania i zaczęłam otwierać... a jak już otworzyłam to oczy miałam wielkości spodków do herbaty :))


Myszko kochana!! Jeszcze raz bardzo, bardzo Ci dziękuję!!! Wiecie co Ta Kochana Dziewczyna zrobiła??? Przeczytała, jak zachwycam się takimi klamerkami do bielizny i wymyśliła, że zrobi mi niespodziankę :))) No w życiu bym się nie spodziewała :)))) Powiedzcie - czy to nie jest fantastyczne? 

Zawartość drugiej koperty była również bardzo miła :) Zdarzyło się, że wygrałam serduszkowe candy u Joasi. Były różne perypetie przez moją zdrowotną przerwę w blogowaniu... ale upolowane serduszko właśnie do mnie dotarło :) I pięknie się prezentuje:


Ale to nie był koniec niespodzianek, o nie!!! Bo okazało się, że muszę się wybrać na pocztę po jeszcze jedną paczuszkę... Gdyby nie to, że było okropnie zimno i opatulona byłam w grube rzeczy po sam koniuszek nosa, to wracałabym z niej w podskokach :) Bo w środku było to:


Taka skrzyneczka na kwiaty chodziła już za mną ho ho ho... ale jakoś nie mogłam na taką nigdzie trafić. Aż wypatrzyłam ją u Agi... a Ona, jak się tylko o tym dowiedziała - postanowiła mi taką sprezentować!! Aguś - Ty już wiesz ile mi radości sprawiłaś :)) Stokrotne dzięki!!!

Chciałbym Wam dziewczyny podziękować z całego serca za Waszą dobroć! Ostatnio jakoś tak wychodzi, że choróbska i inne różne mniej radosne wydarzenia ustawiają się do mnie w kolejce - i jakoś tak smutno mi było z tego wszystkiego... Ale dzięki Wam uśmiech nie schodzi mi z twarzy :)) DZIĘKUJĘ!

Jestem ogromnie szczęśliwa, że odnalazłam i współtworzę ten blogowy światek - bo dzięki temu poznałam masę naprawdę fantastycznych osób, które dzieliły się ze mną swoim ciepłem i optymizmem, albo potrafiły dać kopniaka i ustawić do pionu, gdy było trzeba :) Bo spotkałam się niejednokrotnie z fantastyczną ludzką bezinteresownością i sympatią, o które w realnym świecie czasem trudno... Jedno tylko czego żałuję - że większości z Was nie będę miała okazji pewnie poznać osobiście... i pozostaje sobie tylko wyobrażać, jak niesamowicie mogłoby być na takim mega-zlocie bloggerek - akumulatory naładowane energią miałbyśmy po takim spotkaniu chyba przez okrągły rok! :)

Pozdrawiam serdecznie wszystkie cudowne osoby, które tu zaglądają - te, które miałam już okazję poznać i te, których przyjemności poznać jeszcze nie miałam :) Życzę Wam udanego wieczoru i pięknych snów!
ushii

PS,
Przepraszam, ze nie odpisywałam na maile, ale nie miałam możliwości... obiecuję to nadrobić jutro rano :) Dobranoc!

Miłośnie

Walentynek w zasadzie nie obchodzimy - bo każdy dzień jest dobry by powiedzieć "kocham Cię", no a kilka dni wcześniej wypada nasza własna niesłychanie romantyczna okazja :) Ale - walentynki to całkiem dobry powód, że upiec ciasteczka, prawda?


Ciasteczka walentynkowe
  • 170g miękkiego masła
  • 0,5 szkl. cukru
  • szczypta soli
  • 3 żółtka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 szkl. mąki
1. Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę, ciągle ucierając dodawać żółtka po jednym, dodać wanilię. Na koniec dodać mąkę i sól i wymieszać - tylko do momentu, aż wszystkie składniki się połączą.Ciasto zawinąć w folię i schłodzić w lodowce.
2. Wałkować na grubość około 0,5 cm, wycinać ciasteczka. Piec ok. 12 minut w 180C, aż brzegi zaczną się rumienić.
Przepis pochodzi z opakowania do foremek - choć ja poznałam go wcześniej dzięki nieocenionemu forum Cincin :) Podaję z drobnymi zmianami, tak jak ja piekę, bo nie lubię przypalonych spodów.

Staruteńki, malutki talerzyk, zdobyty razem z kredensami (można o nich poczytać tu oraz tu) - do czego służył oryginalnie, nie mam zielonego pojęcia, ale jest w sam raz na jedno ciasteczko :)


A na dodatek - chyba walentynka :) Wisi w oknie, gdzie jest absolutnie nie do sfotografowania, ponieważ jest półprzejrzysta :)


Pozdrawiam słonecznie!
ushii

Pyszności na powitanie słońca

Nareszcie!! Po tylu tygodniach burego, zasnutego chmurami nieba - jest słoneczko! Fantastyczny weekend po prostu :) Ja jeszcze nie tęsknię szaleńczo za wiosną, ale słońca zdecydowanie było mi bardzo brak :) Korzystamy oczywiście ile się da i w domu nie ma nas prawie wcale. Ale - dobry obiadek jest przecież niezbędny. Zatem - coś przepysznego a zarazem superszybkiego... wczoraj była moja ulubiona sałatka z bruschettą, ale nie zdążyłam jej sfotografować - dziś miałam więcej szczęścia :) Danie, którego przygotowanie trwa tyle co zagotowanie makaronu:


Penne z sosem szpinakowym z kurczakiem
  • makaron penne (albo muszelki, kokardki...)
  • szpinak
  • kawałeczek sera gorgonzola lub innego pleśniowego
  • kilka łyżek mleka
  • kawałek usmażonej/grillowanej piersi kurczaka
  • ząbek czosnku
  • nieco ziaren sezamu
  • łyżka masła i odrobina oliwy - do smażenia
1. Usunąć łodyżki z listków szpinaku, opłukać i osuszyć. Czosnek utrzeć na pastę.
2. Ugotować al dente makaron; mniej więcej w połowie czasu gotowania rozpuścić na patelni masło z oliwą.
3. Czosnek wrzucić na patelnię; gdy tylko poczujemy jego aromat, dorzucić szpinak. Gdy zmniejszy już objętość (1-2 min.) dorzucić gorgonzolę. Gdy się rozpuści dodać nieco mleka, dołożyć kurczaka. Nie trzeba nic dosalać - bo ser jest słony. Wymieszać, by wszystko dobrze pokryło się sosem - i gotowe! Danie można posypać na talerzu ziarnami sezamu - jest jeszcze bardziej boskie :)

Smacznego!
ushii

Lampka i... świąteczny falstart

Roboty jeszcze trwają, więc jeszcze nie pokażę zapowiadanych zmian, ale pokażę za to lampkę. Szukałam takiej... dłuuuugo - każda była a to za gruba, a to za niska, a to za wysoka, albo po prostu nie taka i już. I wreszcie - gdy oczywiście wcale na jej znalezienie i zakup się nie nastawiałam - ot, tak sobie stała, w kącie :) Śliczna, dokładnie taka jak chciałam - nawet jej malować nie będę... no abażur jej zmieniłam, coś przecież musiałam :) Chociaż mam plan go jeszcze nieco upiększyć :)


Miejsce absolutnie nie docelowe, ale tamto owiane jest jeszcze na razie tajemnicą :)

Ciekawe jest to, że kolejnego dnia zobaczyłam identyczną w tzw. galerii dekoracji wnętrz... identyczną - tylko z dodatkowymi cyferkami na metce. Niedawno Klaus pisała o cenach z kosmosu w takich miejscach - tu był właśnie kolejny przykład :(

Ale wracając do moich zakupów - do Wielkanocy jeszcze mnóstwo czasu... ale co ja poradzę, że już teraz wpadły mi w ręce ozdoby, które bardzo mi się spodobały? No musiałam i tyle :)


Ogólnie ostatni czas był obfitujący w różne udane zakupy, ale - jak zwykle - najpierw muszę coś tam po swojemu poprawić, przerobić - i dopiero wtedy pokażę... i złości mnie jak to się w czasie przeciąga, bo już bym chciała mieć takie jak sobie zaplanowałam, a tu ciągle coś wypada i ciągnie się to w nieskończoność :)

Na zakończenie pozwolę sobie się troszkę pochwalić - niedawno dostałam przemiłą propozycję poopowiadania o sobie na łamach bloga Warszawa craftuje - a efekt? Można poczytać tutaj :) A ja - bardzo dziękuję Moriony za zaproszenie!
Pozdrawiam,
ushii

P.S.
Zapisałam się też na candy - u Pixie Dust i Zielonookiej, bo zakochałam się wprost w notesie Beatki - ale jak zwykle - szanse wiadomo są jakie :(

PS2
Do osób pytających pod poprzednim postem o lusterka: już kiedys pisałam o nich - niestety nie pochodzą z żadnego konkretnego sklepu, to trafienia na pchlich targach i bazarkach itp, więc niewiele moge pomóc poza radą, by zaglądac gdzie się da...

Pozdrawiam!

Przemiany pewnej ściany...

Mało wnętrzarsko u mnie na blogu ostatnio. Ale w rzeczywistości dzieje się dużo. A całkiem spora, wyczekana zmiana właśnie znajduje się na finiszu, wyszła juz na ostatnią prostą :) I dlatego dziś pokażę Wam pewien kącik...

Na samym początku było tak...


Ta tajemnicza biała kulka to lampka - ceramiczna, z mnóstwem maleńkich dziurek - super efekt gdy zapali się ją wieczorem :)

Potem pokazywałam Wam moją ukochaną kolekcję lusterek i ramek... i było tak:




Plany co do tego kącika miałam bardzo konkretne, tylko wciąż nie mogłam trafić na odpowiednie rzeczy i tak wszystko stało i czekało, i czekało... ale nareszcie w ostatni weekend się udało! I już za chwileczkę, już za momencik pokażę Wam kolejną odsłonę tego miejsca :) Dlatego dziś  - jego ostatnie wcielenie, które już za moment znów się przeistoczy; od kilku miesięcy gościł tu bowiem jeszcze mój fotelik (o którym więcej pisałam tutaj) i manekin, którego jeszcze nie pokazywałam - bo wciąż nie przyoblekłam go w odpowiednią, docelową tkaninę:


Udanego weekendu!
ushii

P.S.
Dziękuję za troskę i pytania o rękę i zdrowie - już coraz lepiej jest i mam w planie zaraz po weekendzie nareszcie wyciągnąć maszynę do szycia, o!